Czas Emancypantek

Kto usiłuje różem i pudrem poprawić normalny kolor swojej twarzy, ten przypomina pacykarza, który usiłowałby skopiować obrazy Tycjana za pomocą farby czerwonej i białej. Róż i puder stanowią atrybuty sceny.

Kobieta prawie nato stworzona, aby swoją, dobrocią, uprzejmością w obejściu łagodziła, koiła, pocieszała smutnych i strapionych; zasmucać tych, których kocha, nie powinna nigdy, ale przeciwnie okazywać im zawsze pogodne oblicze.

Młody człowiek, który zaangażowawszy tancerkę, zapomina o tem i pozostawia ją siedzącą, może się narazić na bardzo przykre następstwa; ojciec, brat lub narzeczony są w stanie i nieledwie są w prawie ubliżyć mu lub wyzwać go na pojedynek.

 

.................

Im bardziej zbliża się dzień ślubu, tem poufalsze może być zachowanie się narzeczonych; matka może ich opuszczać na czas jakiś i wychodzić do swoich apartamentów, drzwi jednak do salonu powinny być zawsze otwarte, tak aby co chwila była w możności wejść niespodzianie.


Długie treny kobiecych sukni (czyli „ogony”) nie wywoływały aż tak wielkich kontrowersji jak gorsety, jednak począwszy od lat sześćdziesiątych wzbudzały znaczny sprzeciw. Wcześniej toalety spacerowe podpinano tak, by nie ciągnęły się po ziemi. W odróżnieniu od gorsetów – mających wpływ tylko na zdrowie samej właścicielki – treny uważano za problem higieny publicznej, ponieważ miały powodować wzbijanie się kurzu. Panowie skarzyli się także, że o ciągnące się po ziemi treny zbyt łatwo jest się potknąć, lub że unikanie nadepnięcia na nie kosztuje ich zbyt wiele wysiłku.

Na treny czy na „suknie ogoniaste” pomstowano w szeregu publikacji. Często o nich wspominano np. w krótkich tekstach satyrycznych publikowanych na łamach „Kuriera warszawskiego”. Dworował sobie z nich także nie raz Bolesław Prus.

Wreszcie ciągnący się po ziemi tren szybko się niszczył, narażając na straty jego właścicielkę, a prawdopodobnie i mężczyznę, który ponosił koszty jej toalety. Na spacery promowano więc (z różnym skutkiem) suknie „krótkie” lub „okrągłe” – w obu wypadkach oznaczało to suknie kończące się ze wszystkich stron równo z ziemią. Z upływem czasu toalety spacerowe bez trenu upowszechniały się coraz bardziej (długi, powłóczysty tren pozostawał obowiązkowym elementem sukni balowych).

 

Wziąwszy tylko na uwagę ów krój sukien długich w szerokie fałdy ułożonych i bogato w tuniki i dolne obszycia przystrojonych, tak zgrabnie się przedstawiających w majestatycznym chodzie po miękkich kobiercach lub czysto utrzymywanej posadzce, jakże wielką niewygodę ów strój przedstawiać będzie w wielu innych wypadkach życia pospolitego, w pełni ruchów i zajęcia przyspieszonego. Na ulicy strój taki staje się przykrością i krępuje ruchy nie tylko samej osoby go noszącej, ale i otaczających.
A nadto, w czasie niepogody i słoty, lub wśród kurzem pokrytych chodników, przyczynia się do zanieczyszczenia całej damskiej toalety i sprowadza tumany pyłu oddech tamujące.

 Dr Pląskowski, Hygiena kobiet. odzienie, moda i kosmetyki, w: „Bluszcz”, 1865

 

Ludzie choleryczni i żółciowego usposobienia, ciągle narzekają na modę noszenia sukien ogoniastych. Nasz Korespondent P. Wawrzyniec, chodzi z podwiązaną twarzą i utrzymuje, że się przewrócił na trotuarze, zaplątawszy się w robe a queue.

 „Kurier Warszawski”, 1865

 

Może nie wiecie jaka jest różnica między kobietą europejską a wschodnią.
Oto kobieta wschodnia wstydzi się twarzy, a europejska nóg.
Dotychczas wszystkie usiłowania mody skierowane były ku temu, żeby ukrzywdzić tę część poziomą piękności dam naszych.
Posłużyły w tym celu szerokie krynoliny, w których toną drobne nóżki, jak łódki w morza ogromie, rozległe, fałdziste suknie o olbrzymich rozmiarach i wszelkie dolne ozdoby, których głównem przeznaczeniem jest bezpośrednie stykanie się z brukiem ulicznym.
Tak to kobieta, owo najpiękniejsze dzieło stworzenia, kobieta, którą natura przy jej pojawieniu się radosną pieśnią witała, ona nawet, ów ideał wcielony piękności, musi koniecznie stykać się z brukiem ulicznym, i tym właśnie punktem zetknięcia się ze znikomym pyłem, dowodzić ziemskiego swojego pochodzenia.

Dziwactwa mody (Mody letnie), w: „Tygodnik Illustrowany”, 1865

 

Dziś młodzieńcy są płoche, więc o Pannach myśl trochę,
Bo każda w świecie ich szuka,
A ci piją i jedzą, one siedzą i siedzą,
I nikt do serca nie puka.

Jesteś piękny i młody, zmieńże także i mody,
Spraw, by ogon sukien zmalał,
Byłyby wówczas nogi, bezpieczniejsze wśród drogi
Niejeden nos by ocalał.

Rok 1866, w: „Kurier warszawski”, 1866

 

Odebraliśmy wczoraj korrespondencją Pana W. L., mieniącego się „prawdziwym przyjacielem Warszawianek", który ni mniej ni więcej żąda, jak, aby płeć piękna, po dopełnionem obcięciu długich ogonów u sukień, złożyła te obcinki na ołtarzu ubóstwa, pod opieką Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności zostających. Do tego rozpaczliwego wniosku przychodzi nasz korrespondent, bacząc na szargające się po bruku ogony, które, zdaniem jego, niewątpliwie zaszarganie fortun ojcowskich i mężowskich spowodują; twierdzi nadto, że chociaż panienkom jest i pięknie i strojnie w ogoniastych sukniach, jednak na owych zdobiących je desseniach, widać wyraźnie Baltazarowemi zgłoskami wypisany wyrok: „Miło na nie spojrzeć, ale strach wziąć!" Utrzymuje nareszcie, że ogon, podnosząc kurz wśród wonnych i świeżych alei Saskiego i Botanicznego Ogrodu, przetwarza te miłe przechadzki w zarodniki chorób piersiowych.... Pan W. L. idzie dalej, bo twierdzi, że ogonami zbierają damy liszki, żaby jeszcze krok dalej, znajdą się i krokodyle! – Niechże nam daruje szanowny korrespondent, że listu jego zamieścić w „Kurjerze" nie śmiemy, jeżeli nie z innego powodu, to bacząc na przestrogę, wedle której noli irritare leonem. Przestroga nie każe drażnić lwa... a cóż dopiero lwice.

„Kurier warszawski”, 1866

 

Pan Kryspinian, obawiając się deptać wlekąca się suknię swojej żony wciąż podnosił nogi do góry, że wreszcie wlazł między szczeble klatki, tak, że oboje wyszli na ulicę w wspólnej krynolinie!...

„Kurier warszawski”, 1866

 

Wielka to jest przyjemność, kiedy kto może używać świeżego powietrza na wsi, zwłaszcza w lecie, wyjechawszy z Warszawy, gdzie za długo trwająca moda marnotrawna, długiemi sukniami kobiecemi wznosi tumany kurzu na ulicach i w ogrodach, tamuje oddech i psuje wzrok, wymagając upowszechnienia okularów.

„Kurier warszawski”, 1866

 

Kiedy wpadliśmy na trop mody, należy nam publiczne złożyć podziękowanie administracyi sztucznych wód mineralnych w Saskim ogrodzie, za tryumfalny sposób, z jakim wystąpiła przeciw długim sukniom. Wiadomo, że na te wody uczęszcza pomiędzy innemi wiele osób chorych na piersi, a kurz, z powodu wleczenia po piasku długich ogonów sukien pań naszych powstały, nie stanowi wcale zbawiennej atmosfery dla tego rodzaju słabości. W dnie słoneczne, przy licznem zebraniu gości na wody, zdrowym nawet oddychać jest trudno. Fraszka przytem dym z cygar, na który damy zwykle się uskarżają.
Pisaliśmy już parę razy o tem i widocznie zarząd wód mineralnych wziął na uwagę nasze słowa, bo pewnego pięknego poranku wyszło polecenie do służby miejscowej, żeby cały obręb przechadzki wodnej po kilka razy dziennie zlewany był wodą. Woda ta, zmieszana z gliną i piaskiem, utworzyła cienką warstwę błota, a elegantki nasze, ufne w dzień pogodny, przyszedłszy do ogrodu w najniewinniejszej myśl ekshibowania olbrzymiej długości ogonów, popadły w samołówkę. Wszystkie te paradne suknie, zamiast kurzu, spotkały sroższego stokroć nieprzyjaciela, który ani otrząsnąć, ani strzepać się nie daje. Piasek nasiąknięty wodą, podobny do mady pozostałej po wylewach wiślanych, poprzylegał do sukien, dodając do ogonów podwójną ilość zwykłego ich ciężaru. Odezwały się wprawdzie zażalenia, a po powrocie tych pań do domu, praczki podwójną zostały przywalone robotą, ale chorzy mogli swobodniej odetchnąć, i nazajutrz, przez obawę nowego kontyngensu sikawek, wszystkie bez wyjątku elegantki przybyły do ogrodu w sukniach w festony, nie narażonych już tym sposobem na bezpośrednie zetknięcie z piaskiem suchym czy zmoczonym.

Kronika tygodniowa, w: „Tygodnik Illustrowany”, 1866

 

Idąc dnia onegdajszego ulicą Senatorską po stronie wylanej smołowcem, nagle jakby wiedziony przykrem, mającego nastąpić wypadku, przeczuciem, przystanąłem, gdy w tem na drugiej jej stronie, spostrzegam młodą osobę, która pamiętna na wybryki kapryśnej bogini mody, olbrzymi ogon u jedwabnej szamoa koloru sukni rozpostarłszy, czyniła wielką przechodzącym dystrakcję. W liczbie tych, którzy dla ocalenia jej pawiego ogona, ostrożnie ją omijali, przechodzili i tacy, którzy nawet najmniejszej nie zwracali na nią uwagi. Do tych ostatnich właśnie, należała jakaś biedna kobieta, która zwyczajem prostego ludu, zagapiwszy się na jakiś powabny przedmiot, w wystawie sklepowej umieszczony, stąpnęła niechcący na koniec jej sukni, którą pawica raptownie szarpnąwszy, spowodowała upadek tej nie młodej już kobiety, nie zrządziwszy jej wszakże oprócz stłuczenia, żadnego szkodliwego szwanku. Kilka osób przejętych współczuciem dla wy wróconej niewiasty stało w milczeniu, patrząc zoburzeniem za odchodzącą, która nawet nie obejrzawszy się znikła w tłumie przechodniów. Tak to mój Zacny Redaktorze, będąc z tego powodu i ja również słusznie na ową pełną pychy i próżności damę oburzony, komunikuję Ci tych kilka słów, prosząc o łaskawe ich zamieszczenie, z dodaniem i tej uwagi, czyby niebyło daleko lepiej, szarzający się w kurzu i rynsztoku ogon owej sukni, obrócić na kapitał mogący śmiało choć na tydzień opędzić potrzeby jakiej nieszczęśliwej rodziny.

„Kurier warszawski”, 1867

 

Mąż Z Wareckiej ulicy obdarzył nas listem następującym:
Panie Redaktorze!
Ośmielony wielce pochlebną odpowiedzią na moje pisanie, poważam się udać do Szanownego Pana jeszcze raz z malutką prośbeczką następującej treści:
Projektowano tam już nie pomnę w której gazecie, aby ze względu zachowania czystości powietrza w ogrodzie Saskim, wzbroniony był wstęp osobom z długiemi powłokami czyli ogonami. Projekt ten nie przypadł mi do smaku, bo dla czegóżby tylko ogród Saski miał mieć podobne przywileje? Wreszcie, byłoby to nietylko niegrzecznością w obec tej płci, której hołdować przywykliśmy, lecz co najważniejsza, byłoby to brutalne ścieśnienie wolności osobistej – a wreszcie, ogród by się zupełnie wyludnił, a cóżby wart był wtedy, bez owych żywych kwiatów tak zawsze dla nas ponętnych. Jednem słowem, przyznasz Panie Redaktorze, że środek to bardzo niefortunny – lecz temu wszystkiemu tylko Ty mógłbyś drogą pokojową zaradzić, jeżeli dać raczysz łaskawe ucho memu własnemu wynalazkowi! a któren poważam się zakomunikować do Twego Panie uznania. Oto nic więcej, chciej poprosić rysownika, aby w owej przedłużonej części zwanej ogonem, nie kopijował tak sumiennie z mód paryzkich.
Co Ci to szkodzi, niech ją przytnie aby ziemi nie dotykała; dalej, owe turniury niech zwęzi i robi mniej wypukłemi, bo na co Tygodnik ma być wspólnikiem i doradzcą tego rodzaju malwersacyi. Wówczas, wszyscy z różnych ulic mężowie wielbić cię będziemy, pominąwszy bowiem już znacznie zmniejszone koszta na materyał, w następstwie, na wszystkich ulicach, placach i ogrodach nieznośnego kurzu połykać przestaniemy. Zrób to drogi Panie a jak mi Bóg miły tajemnicę do grobu zaniosę.
Mąż z ulicy Wareckiej.

„Kurier warszawski”, 1867

 

Szła jakaś dama bardzo przyzwoita, dama ubrana właśnie jak się należy, to jest z przodu krótko, żeby uwidocznić bucik zgrabny, czy tam może nóżkę, z tyłu zaś powłóczyście, obficie, wspaniale. Skutkiem tego, obłok pyłu wiodła za sobą, obłok potężny, okazały, koniecznie zwracający uwagę, brzemienny wrażeniami spotkania, wgryzający się przemocą w oczy w nos i w płuca. Przechodząc, wyminęła jakiegoś jegomości. Człek to był nie dzisiejszy, wolno sobie kroczący, siwy, wąsaty, z czerwoną wstążeczką (nie zaś z gwoździkiem) w dziurce od guzika; widocznie dawny wojskowy. Kiedy go obłok ów ogarnął, jegomość ten zakrztusił się, kichnął, poczem splunąwszy, mruknął pomiędzy zębami: —flądra!

 To i owo, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1872

 

„Kobieto! Puchu marny, ty wietrzna istoto! nie wiem, czego ci zazdroszczą anieli, bo nosisz ogon, straszniejszy niżeli sam szatan!...” Czy przesadzam?... Ogon twój, kosztujący od kilku złotych do kilkunastu rubli, ma przynajmniej dwa łokcie długości i tyleż szerokości – całemu zaś światu wiadomo, że szatani posiadają albo krótkie ogony kozie, albo wąskie krowie; a nawet ten, którego ja widziałem, cieszył się zaledwie cielęcym ogoniną i jeszcze w garści go nieboraczej dźwigał!...
Odpowiedz mi, o kobieto! Na co ci ten szmat tkanin, który mimo całą prostotę form spełnia od razu funkcją miotły, szczotki, chorągwi, słomianki, żagla i czterdziestu tysięcy innych nie podobnych do siebie przedmiotów? Przydaż ci się on do pływania czy do latania, a może do skakania, odpędzania dokuczliwych owadów lub czepiania się na gałęziach? Czy też tylko chcesz nim szeleścić po woskowanej, marmurowej lub nawet nie dość starannie umytej podłodze, jak grzechotnik przesuwający się między gęstymi splotami podzwrotnikowych lasów?...
Co ci zawiniły nasze trawniki szmaragdowe, nasze oczy i płuca, że je nieustannie zasypujesz gryzącym pyłem żwirowych ulic?... gdzie stąpisz, tam woda się zamąci, ptak milknie, drzewo usycha, a twój dozgonny towarzysz nadziewać musi siatkowe okulary na nos i takiż respirator na usta.
Czyliż dotąd za mało świat liczy suchotników, że chcesz ich liczbę powiększyć? Czyliż ci już tak obmierzł wyżakietowany ród Adama, że pragniesz go do przedwczesnej mogiły wtrącić? Dlaczego, nie poprzestając na domowych środkach skracania życia, ścigasz nas jeszcze po ogrodach i ustroniach, kędy szukamy świeżego powietrza i spoczynku ?... Przebóg! płci piękna! i czegóż domagasz się jeszcze od zawojowanych, zahukanych, zadłużonych, ogłupiałych, zapantoflowanych mężów, ojców, braci i konkurentów twoich?...

 Bolesław Prus, „Na czasie”, Kolce, 1874

 

Owszem, jak wysoce byliśmy zbudowani widokiem owych wielkich ruchomych beczek z żelaznymi obręczami, które sposobem warowni otaczały wiotkie postacie elegantek, a którym serdecznie życzyliśmy wiecznego odpoczywania; jak niemniej podziwiamy te arcydzieła jeżących się w okolicy bioder piramid różnokształtnej materii, których w prostocie naszej nie tylko praktycznego celu, ale nawet nazwiska oznaczyć nie umiemy; jak w zupełnej z nimi symetrii znajdujemy drugą piramidę z tyłu głowy, za dobre pieniądze kupionych włosów; tak wreszcie arcyhumanitarną wydawała nam się zawsze myśl wyręczania miotły stróżów ogonami sukien i z tej jedynie pożytecznej strony zapatrywalibyśmy się na tę instytucję modną, gdyby coraz bardziej szerzące się choroby płuc i przyrządów oddechowych nie przypominały nam, że «szlachetne zdrowie» droższe niż «dobre mienie, perły i kamienie».

 Bolesław Prus, „Gazeta Polska”, 1874

 

Otóż nie owijając kwestii w bawełnę i nie filtrując wyrazów, zaznaczamy z góry, e piękne to z pozoru ustronie [Ogród Saski] byłoby największym skarbem dla miasta, gdyby na nim nie ciążyły dwie straszne plagi, jakimi są kobiety i dzieci. Dzięki bowiem ogonom pierwszych i przez nikogo nie krępowanemu niechlujstwu drugich Saski Ogród, po bliższym rozpatrzeniu się w nim, wygląda tak, jak w czasie jarmarku rynek żydowskiego miasteczka.

 Bolesław Prus, „Na czasie”, Kolce, 1874

 

Co do sukien powłóczystych, noszą je bo tak każe moda, a moda jest to pewne utrwalone pojęcie, że w danej chwili przystrój taki a taki zdobi i upięknia. Któż na to jest nieczułym?
Może powiecie że mężczyźni?
Bajki! zmienia się ona i w przystrój u męzkim, w sposobie czesania włosów, noszenia wąsów i bokobrodów a nawet w laseczkach i parasolach. Obecnie podgalanie faworytów do połowy twarzy jest modnemu z pewnością nie wymyśliła tego kobieta tylko pochwaliła, a mężczyzna uniżony sługa był posłusznym i moda powstała.
Jeżeli więc chcecie aby suknie kobiet stały się krótszemi, wymyślcie coś takiego, coby skrócenie to podniosło wdzięk naszych towarzyszek, a w przeciągu miesiąca stawiam swą głowę o zakład, że suknie zaledwie do kostek dochodzić będą. Buciki zgrabne, ozdobne, w najpiękniejszych kształtach przedstawiające nogę, dokonałyby z pewnością tej zmiany.

Pogadanka, w: „Tygodnik mód i powieści”, 1874

 

(...) kurz, jaki podnoszą ogony sukien damskich w Saskim Ogrodzie, jest dodatkiem zarówno kosztownym, jak i bezużytecznym.
Powiedzieliśmy kosztownym, ponieważ dla wzniecenia go każda osoba płci żeńskiej dokupywać musi umyślnie na ten cel kilka łokci materii, dla której najzupełniej obojętnym jest, czy zostanie zjedzoną przez mole, czy też wytartą w bruki miejskie lub ulice ogrodów. Nazwaliśmy kurz dodatkiem nieużytecznym, ponieważ ludzie i bez niego tracą w Warszawie oczy i umierają na suchoty częściej niż w jakimkolwiek innym mieście.
Z tych tedy powodów nie rozumiemy, dlaczego ponętne panie nasze tytułem próby nie mogły na przykład na rok bieżący poskracać swoich ogonów, za pomocą których chcą ogród zamienić na salę balową, a w istocie zamieniają na coś środkującego między stodołą i rajtszulą.

Bolesław Prus, Kronika tygodniowa, w: „Kurier Warszawski”, 1875

 

To pewna tylko, że byłem tam jak i wielu moich znajomych. Przecież z wyżej wzmiankowanych przyczyn wiedzieć nie mogę, czy różnokolorowe i niestety na tę uroczystość jeszcze przydłużone treny a raczej kobiety noszące te treny, należały do Towarzystwa. Me wiem także czy były to damy panie, czy po prostu kobiety, ale to wiem z pewnością, że jakby na urągowisko głosowi ogólnemu, którego fejletoniści są tylko wiernem echem; na przekór moralistom, zdrowemu rozsądkowi i dobrze pojętej ekonomice, a nawet podobno na przekór modzie która ubrania spacerowe podpinać każe – treny królowały w Saskim ogrodzie i byłyby zapewne jak samum pustyni wznieciły prawdziwe huragany kurzu, gdyby miłosierne niebo nie zapobiegło temu niewinnym deszczykiem.

Pogadanka, w: „Tygodnik mód i powieści”, 1875

 

Damy noszące długie suknie na spacerach lub na ulicy, pomijając względy ekonomiczne, niech raczą spojrzeć na wlokący się tren w pogodny dzień lata, w ogrodzie Saskim, a jestem przekonaną, że już dla samych względów estetycznych z chęcią suknie uniosą i nieść ją będą w ręku, co może mniej jest wygodne, ale bardzo praktyczne.

 L.C. [Lucyna Ćwierczakiewiczowa], Przegląd mód, Bluszcz, Dodatek, 1876

 

Żona np. średniej klasy urzędnika nie może się ubierać jak żona senatora, lub ministra; żona dzierżawcy lub właściciela skromnego majątku nie powinna naśladować żony magnata, bankiera itp., żona rzemieślnika nie może się także mierzyć z żoną bogatego kupca, lub fabrykanta itd. jeżeli lokaj w rękawiczkach podaje wielkiej pani ogon jedwabnej sukni do karety, to zbrodnię popełnia kobieta średniej klasy jeżeli ogonami swych sukień zamiata ulice.

Julia Selingerowa, Obowiązki kobiety każdego stanu w zakresie gospodarstwa domowego, Lwów 1882

 

A propos tego kurzu, musieliśmy przed paru dniami wysłuchać takiej apostrofy:
— Na rany Bozkie, trzeba koniecznie pozbyć się tej plagi, która rujnuje piersi ludzkie, oślepia oczy, zatruwa powietrze, mierzi każdą chwilę przechadzki! Wy, felietoniści pism dla pań przeznaczonych, macie obowiązek wpływać na nie, powściągać, perswadować, błagać wreszcie.
— O co?
— O troszeczkę krótsze suknie, które są przyczyną wszystkiego złego. Troszeczkę, niewiele, parę cali mniej i wystarczy! Przecież w Berlinie wyszedł surowy nakaz...
— Fe, panie dobrodzieju... co tam Berlin, co nakazy, tu sprawa z paniami!
— To prosić trzeba.
— A jak się próżną prośbą ośmieszę? Przecież panie, noszące długie spódniczki, nie czynią tego chyba bez swojej racyi.
— Jakiej u licha?
— Czy ja wiem? Może troszeczkę zaduże nóżki, może odrobinę powykręcane buciki, może nie dosyć białe pończoszki? Bywa rozmaicie! A przytem nietrudno spostrzedz, że nie wszystkie włóczą za sobą pół łokcia trenu, że niektóre nie lękają się ukazywania zgrabniutkich obcasików i że... (ale zastrzegam sobie wszelką nieodpowiedzialność za wy- powiedzenie tej uwagi, której źródłem są może nie dość ścisłe obserwacye) większa część elegantek, zamiatających ogonami chodniki uliczne, nie należy do rzędu istot, któreby pod jakimkolwiek względem za modele służyć mogły. Można się tego domyśleć z ich sztucznych rumieńców, z ich energicznych ruchów, z ich spojrzeń... ach, i Bóg wie nie z czego!

Maryusz, Z tygodnia, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1891

 

Więc prosimy (ja i wielu mnie podobnych śmiertelników, cierpiących z przyczyny długich spódniczek), o piękne i dobre panie, a nadewszystko wy, co nie potrzebujecie się wstydzić ślicznych nóziąt i zgrabniutkich bucików, skróćcie nasze męczarnie i... swoje treny.
Zresztą te tylko, które nosicie na ulicy, w ogrodzie, w Alejach, — o salony i teatra, o pokoje i powozy nie idzie! Będzie wam to policzone tu, na ziemi, przez statystykę sanitarną, i tam w niebie, przez braci waszych skrzydlatych, a nie sprawiających nigdy kurzu na utrapienie swoich anielskich spółmieszkańców.
Warszawa bywa zwykle w porze letniej bardzo nudną i posiada jedyną prawie rozrywkę w przechadzkach. Ta rozrywka, jeżeli ma nie być szkodliwą, winnaby zalecać się przedewszystkiem powietrzem świeżem i czystem, a jest to niemożliwe śród tumanów kurzu.
Ach te długie treny!

Maryusz, Z tygodnia, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1891

 

Treny mimo ogólnego powstawania na ich niepraktyczność, utrzymały się i rozpowszechniały; do wyjścia na ulicę unoszą się przy pomocy pazika, bo przyznać trzeba, że suknia zakurzona jest nieprzyjemną dla oczu i nieestetyczną. Przy dobrej formie spódnicy unieść tren bardzo łatwo i przy tem nawet ukazuje się jedwabną podszewkę lub ładny garnirunek dany brzegiem sukni. Przy eleganckich sukniach podszewka jest rzeczą kosztowną, często bywa z materyi odpowiedniej do przybrania danego na staniku. Lekkie materyały letnie noszą się na spódnicy podszewkowej, tak jak poprzednio.

O ubiorach, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

Ogonom u sukien wypowiedziała walkę municypalność Pragi. Modę noszenia ogonów nazwano... oficyalnie „brutalną nieobyczajnością, szkodliwą dla zdrowia ludzkiego."
Członek rady, pan Naprstek, wniósł, aby paniom, noszącym ogony, wzbroniono wchodzenia do ogrodów, a nawet kroczenia po chodnikach ulicznych. Sprawę przekazano komisyi zdrowia. Co prawda, „brutalna nieobyczajność" jest dosyć trafnem nazwaniem rzeczy, istotnie ze względu na szkodliwość swą brutalnej i nieobyczajnej.

Z chwili bieżącej, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

Wyobraźcie sobie, łaskawe czytelniczki, że znowu na porządku dziennym znalazła się... kwestya ogonów! Po rozmaitych przyniówkach żartobliwych, złośliwych dowcipkach i prośbach, wypowiadanych najzupełniej poważnie — gdy to wszystko nie poskutkowało, przyszło do pogróżek! Ktoś żąda nawet interwencyi przepisów prawnych i... kar na uparte ogoniarki. I czyni to w przekonaniu, że prawo może ograniczać w swobodzie tych, co działają na szkodę zdrowia publicznego.
Śliczna historya! Kto wie czy z obawy grożącej nam epidemii nie przyjdzie do ostateczności. Lekarze utrzymują, że przecinki, średniki, dwukropki i znaki zapytania choleryczne lęgną się w ziemi a z niej do organizmów ludzkich dostawać się muszą za pośrednictwem kurzu. Kurzu tedy unikać należy. Kto go wzbudza, ten poprostu ułatwia robotę epidemii, szkodzi sobie i bliźnim, naraża ogół, jest... niebezpieczny!
Co za straszliwe konsekwcncye dla ogonów! Słyszałem też przypadkiem rozmowę dwóch młodzieńców, która mi dała bardzo dużo no myślenia. Ze słów wnosić mogę, że pomiędzy dandysami warszawskimi istnieje zmowa „antitrenowa."
Oto com słyszał:
— Uważasz, Bolku! Przechodzi się koło takiej damy szybko, najlepiej wówczas, gdy między nią a murem lub rynsztokiem jest najmniej miejsca, i nadeptuje się zręcznie na ogon. Krrrach! i oto kawał oddartej materyi wlecze się za idącą która wydaje okrzyk oburzenia i mierzy cię spojrzeniem bazyliszka. Ty nie zrażasz się wcale; mówisz „pardon" głosem jaknajsłodszym i w pośpiechu niepowstrzymanym ani na sekundę wpadasz na tren następnej pani. Sypią się tedy ogony, ukłony i... pardony, a jeżeli po pewnej seryi takich nieprzypadkowych przypadków strojnisie ogoniaste nie zrozumieją o co idzie, no, to już chyba są tak ciasnogłowe, że wypada im tylko kłopotać się... o treny. Ich główki ozdoby nie są warte.
Więc to spisek przeciwogonowy!? Doprawdy, widziałem nawet na własne oczy taki nieprzypadkowy przypadek. Przeraziłem się, gdym spostrzegł następstwa! Dwa bryty wyrwane, trzy łokcie materyi legło pod latarnią, a wytworzona ztąd próżnia nie była wcale pożądanym efektem. Poszkodowana dama czemprędzej przy pomocy dorożki usunęła się zpod ciekawych spojrzeń przechodniów, po których widać było, że nie mają najmniejszego powodu do... płaczu.

Maryusz, Z tygodnia, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

Wspominaliśmy niedawno o walkach, jakie w imię hygieny prowadzone są przeciw długim sukniom. Pomimo niewygody na jaką się wystawia osoba ubrana w suknię z ogonem, pomimo znacznie zwiększonego wydatku, gdyż wiemy wszystkie z doświadczenia, ile zachodu kosztują nas owe wiecznie się obcinające brzegi sukien, przyznać trzeba, że płeć słaba z zaciętością godną lepszej sprawy upiera się przy dotychczasowym fasonie powłóczystej spódnicy.

 Z.B., Krótkie suknie wobec wymagań estetyki, w: „Dobra Gospodyni”, 1902

 

Początek w tym kierunku już zrobiono i nareszcie z wielkich środowisk elegancyi wyszło hasło stawiające suknię krótką na równi z długą w rzędzie ubiorów strojnych, a dziś każda elegantka powinna specyalizować swe suknie według ich właściwego przeznaczenia. Suknie powłóczyste mają być używane tylko do salonów na większe zebrania; na wizyty, na przechadzki, na ulicę stosowne będą wyłącznie krótkie kostiumy.

 Z.B., Krótkie suknie wobec wymagań estetyki, w: „Dobra Gospodyni”, 1902

 

Szkodliwość sukien kobiecych od dawna jest tak znana i na wszelkie sposoby była opisywana, że na te miejscu wspomnimy tylko choćby o trenach, które, jak się okazało z badań Casagrandi, są wprost najobfitszym zbiornikiem bardzo złośliwych bakteryj chorobotwórczych. I jak często dziwią się matki nieoczekiwanym chorobom swych dzieci, a wszak same wprost przynoszą chorobę do domu dzięki swym toaletom. W niektórych miejscowościach policya wdała się w te sprawę (Poznań), zabraniając używania zbyt powłóczystych sukien na ulicy, jako szkodliwych dla zdrowia współobywateli.

Dr. Med. W. Popiel, Kobieta wobec badań nauki współczesnej, Warszawa 1902

 

Na podobny temat: Szkodliwość gorsetu, Chodzenie z trenem

 

 

Visit Czas's profile on Pinterest.