Czas Emancypantek

Kto usiłuje różem i pudrem poprawić normalny kolor swojej twarzy, ten przypomina pacykarza, który usiłowałby skopiować obrazy Tycjana za pomocą farby czerwonej i białej. Róż i puder stanowią atrybuty sceny.

Kobieta prawie nato stworzona, aby swoją, dobrocią, uprzejmością w obejściu łagodziła, koiła, pocieszała smutnych i strapionych; zasmucać tych, których kocha, nie powinna nigdy, ale przeciwnie okazywać im zawsze pogodne oblicze.

Młody człowiek, który zaangażowawszy tancerkę, zapomina o tem i pozostawia ją siedzącą, może się narazić na bardzo przykre następstwa; ojciec, brat lub narzeczony są w stanie i nieledwie są w prawie ubliżyć mu lub wyzwać go na pojedynek.

 

.................

Im bardziej zbliża się dzień ślubu, tem poufalsze może być zachowanie się narzeczonych; matka może ich opuszczać na czas jakiś i wychodzić do swoich apartamentów, drzwi jednak do salonu powinny być zawsze otwarte, tak aby co chwila była w możności wejść niespodzianie.


Posag – czyli majątek wnoszony do małżeństwa przez żonę, był jej wkładem w zapewnienie rodzinie stabilizacji majątkowej. Potem utrzymanie rodziny należało już od mężczyzny, żona przyczyniała się już do niego tylko biernie, przez dobre i oszczędne zarządzanie gospodarstwem.  Przewidziane dla niej możliwości czynnego wspierania rodzinnego budżetu były niewielkie. Dotyczyło to oczywiście tylko wyższych warstw społeczeństwa, w niższych żony z reguły pracowały – na własną rękę lub wspólnie z mężem.

Przez cały XIX wiek – a i wcześniej – narzekano na upadek moralny młodego pokolenia, w którym mężczyźni rozglądali się jedynie za dużym posagiem, ignorując zalety intelektualne i moralne (w mniejszym stopniu fizyczne) jego właścicielki. Z drugiej strony podkreślano pogarszającą się sytuację ekonomiczną, przez którą młodym mężczyznom trudno było zakładać rodziny. Zresztą potępienia nie ograniczały się do panów – równie ganiono młode kobiety zainteresowane przede wszystkim majątkiem konkurenta, oraz rodziców myślących tylko o wydaniu córki bogato za mąż.

Literatura pełna jest przykładów panienek niezamożnych, ale mądrych i cnotliwych, które dzięki własnym zaletom podbijają serce zamożnego konkurenta, lub rezygnują z bogatej partii na rzecz konkurenta mniej zamożnego, ale szlachetnego, by wspólnie z nim dorabiać się majątku. Publicyści – zwłaszcza pozytywiści – propagowali ideę panny samodzielnej, która sama składa sobie posag dzięki własnej pracy, a potem dzielnie wspiera ukochanego męża. Zalecali także pilną naukę gospodarstwa domowego, aby po ślubie nie przyczyniać mężowi zbytnich wydatków, a wręcz przeciwnie, oszczędnością zapewniać dobrobyt rodzinie. Narzekali wreszcie na interesownych mężczyzn i mieli nadzieję, że nowe, rozsądne panny, kierujące się w wyborze męża sercem, wychowają także mężczyzn.

 

Pytamy się zaś, ilu to z młodych ludzi znajdujących się pomiędzy dwudziestym czwartym a trzydziestym rokiem życia, który to wiek był po wsze czasy najstosowniejszą porą do zawierania związków małżeńskich posiada rzeczywiście, sześć tysięcy złotych na rok pewnego i stałego dochodu.
Z tego wypada:
Że albo młody człowiek musi się z konieczności oglądać na posag, który staje się dla niego warunkiem niezbędnym do małżeństwa.
Albo musi powstrzymywać w sobie chęć przybrania towarzyszki życia i tłumić w sercu wszelką rodzącą się miłość, aż dopóki nie dojdzie do czasu, w którym bez niebezpieczeństwa będzie mógł pożeglować na to morze pełne skał podwodnych, dając folgę prawdziwym i szczerym uczuciom żadnym materyalnym względem nie krępowanym.
Na nieszczęście czas ten przychodzi zwykle bardzo późno, a rzadkim jest wyjątkiem, żeby takie niedobrane co do wieku małżeństwo, mogło osiągnąć warunki trwałego szczęścia.

Wacław Szymanowski, Kartki oderwane, w: „Bluszcz”, 1865

 

Ale przykrzejsze, w stokroć przykrzejsze jest położenie panien.
Zmuszone układem społecznym do pozbycia się w zawieraniu związków małżeńskich, wszelkiej inicyatywy, mają one sobie tylko pozostawiony wybór pomiędzy tymi którzy przyjdą zgłosić się o ich rękę, a skutkiem powyżej wymienionych okoliczności, wybór ten rzadko bywa oddźwiękiem prawdziwego głosu serca.

Wacław Szymanowski, Kartki oderwane, w: „Bluszcz”, 1865

 

Jednakże, tegoroczne bale odznaczają się pewną, jakby charakteryzującą je cechą. Oto młodzież męzka, snadź spoważniona w naturalnych swoich popędach przez silny napływ idei pozytywizmu, którego filja warszawska ani do tańca, ani do różańca widocznie się nie zdała – młodzież ta wystudzona podmuchem egoizmu, i chorująca na jakąś niby angielską flegmę, albo wcale na takie bale nie przychodzi lub też przyszedłszy nie chce tańczyć zgoła.
Trzeba widzieć i podziwiać tych młodych starców, którzy w Paryżu nazywają się les petit crévée a którychby u nas, po staremu, na zdachlaczków przetłomaczyć warto, jak oni szykownie urządzają gospodynie domów, w których bawić się niby raczą. Przeszedłszy kilkakrotnie salon i ziewnąwszy kilku bezposażnym panienkom w oczy, przechodzą następnie z nosami okulbaczonemi w binokle do innych pokoi na papierosy, i tam już wygodnie oczekują na podanie kolacji, którą naładowawszy pozytywne żołądki swoje, natychmiast potem wychodzą. Ten szyk bojowy teraźniejszej młodzieży salonowej zmienia się tylko w razie, gdy na wieczorze, który ona obecnością swoją zaszczycić raczyła, znajdują się posażne panny, też wyzwolone i gruntownie już pojmujące ideę równouprawnienia damy. Wówczas każdy z takich, „zdechlaczków" warszawskich, jakby zelektryzowany, odmładza się nagle. Olimpijska powaga niknie mu z oblicza, oczy nabierają blasku, usta uśmiech ożywia, a nogi, zazwyczaj tak ociężałe, aż warczą w polotnym tańcu. Czciciele Mamony, zmartwychwstają na widok bóstw swoich-to rzecz naturalna.

Pogadanka, w: „Tygodnik mód i powieści”, Nr 8, 22.2.1873

 

Obaj prelegenci zarówno przychylni zabezpieczaniu się kobiety przez ugodę przedślubną przed możliwem tu nadużyciem władzy ze strony mężczyzny, nie podnosili przecież bynajmniej głosu za tak zwaną emancypacyą kobiety, lecz tylko wskazywali środki, jak właśnie, nie nadwerężając obecnego ustroju rodziny, nie podkopując idei, na której się ona wspiera, może kobieta zostać skutecznie obwarowaną przeciw samowoli i nadużyciu prawa w związku nieszczęśliwie zawartym. Intercyza, czyli ugoda przedślubna, to zawarowanie się rozsądne przeciw wszelkim możliwym wypadkom życia; stawa ona zwycięzko nietylko między kobietą a nieszczęściem, ale często broni i mężczyznę samego od niedobrych pokuszeń, niedobrych podszeptów egoistycznego interessu. Niejeden łowiec posagowy, szczególniej z kawalerskimi długami po za sobą, wiedząc, że spotkać się musi z intercyzą, zmieniłby plan kampanii życia. Choćby w skutek tego musiał zdjąć glansowane rękawiczki i poszedł drwa rąbać, zawsze zyskają na tem obie strony – kobieta na szczęściu, on na godności i wartości moralnej.

Kronika działalności kobiecej, Bluszcz, 1883

 

Ale i ta młodzież jakaś inna niż dawniej bywało, jakaś dziwnie wymuszona, sztywna, apatyczna i przeżyta... Dziś rzadko spotkasz w naszych salonach prawdziwego tańcu i zabawy amatora, dziś z trudnością znajdziesz takiego, któryby wśród panien nie przebierał i z każdą po kolei tańczył, z najbrzydszą i najładniejszą, i trzymał się jedynie zasady przyczyniania się do ogólnego humoru i zabawy... Nie - jeśli ma osobisty interes, jeśli mu chodzi o tę lub ową posażną pannę, wówczas rozwinie całą swą salonową usilność, ale dla niej jednej, o resztę towarzystwa nie dbając... Jeśli zaś nie, jeśli w tem kółku właśnie nic go nie łączy i nie wiąże, wówczas przybiera minę „szanującego się” młodzieńca, tańczyć będzie mało, rozmawiać jeszcze mniej i większą część czasu spędzi nie w salonie, lecz w „fumoirze”.....

Antoni Zaleski, Towarzystwo warszawskie. Listy do przyjaciółki, przez Baronową X. Y. Z., Kraków, t. I 1886

 

Dopóki mężczyzna klasy inteligentnej mógł ze swej pracy utrzymać żonę i wyposażać córki, dopóki większość panien znajdowała mężów, którzy w zamian za „wierność i posłuszeństwo” dawali im „utrzymanie”, a nawet „rozrywki”, nikt nie płakał nad upośledzonym położeniem kobiet, a przede wszystkim nie one. Człowiek bowiem jest tak lichą istotą, że chętnie wyrzeka się osobistej swobody za obfite jadło i możność próżnowania.
Powoli jednak czasy się zmieniły. Ojcowie z własnej pracy już nie mogli wyposażać córek ani mężowie utrzymać żon. Ci więc i tamci poszli zachęcać kobiety do pracy samodzielnej, do kształcenia się, malowania na porcelanie itd.
Lecz cóż się wtedy stało?
Gdy kobieta z naiwnej zrobiła się rozsądną, gdy potrafiła zabezpieczyć sobie byt, gdy musiała nawet staczać walki o chleb powszedni, nasunęły się jej pytania:
Dlaczego ja, żona która sama sobie zdobywam dochody, nie mam prawa rozporządzać nimi, tylko mój mąż – znany próżniak?
Dlaczego mój mąż, który nie dostarcza mi „utrzymania i rozrywek”, ma prawo wałęsać się po mieście i nawet nie być mi „wiernym”? i z jakiej racji ja mam być „wierną i posłuszną” człowiekowi, który nic nie daje mi w zamian, nawet bytu?
Dlaczego związek małżeński mężczyźnie przynosi wszystkie zyski, kobiecie wszystkie ciężary?
Takie myśli i pytania krążą dziś po głowach wszystkich ukształceńszych i pracujących kobiet. A ruch ten z czasem nie tylko nie zmniejszy się, lecz będzie wzrastał. Z każdym bowiem rokiem mężowi będzie trudniej utrzymać żonę, ojcu wyposażyć córki. Z każdym rokiem zwiększać się będzie liczba kobiet skazanych na ukształcenie i samodzielną pracę.

Bolesław Prus, Kroniki tygodniowe, „Kurier Codzienny”, 1888

 

Ileż to rodzin z cierpliwością znosi te bolesne rany, które się zowią „brakiem posagu”. Często się zdarza, że rodzice mają w domu po 2 albo 3 prześliczne córki, świetnie wychowane, dobrze ułożone, milutkie i powabne, których wykształcenie zdobyto kosztem ciągłych ofiar ze strony rodziców.
Zręczne do wszystkich robót domowych, umieją same przybrać pięknie kapelusze, dobrze skroić sukienki, zagrać na fortepianie – wreszcie mają wszystkie warunki na wzorowe żony, przykładne matki i najmilsze panie domu – pomimo to niema sposobu wydania ich za mąż.
Znajdujący się w tem położeniu rodzice, zmartwieni, ze szczupłych dochodów kupują córkom jeszcze strojniejsze tualety, prowadzą je na wieczory, sami wydają obiady – ostatki oszczędności z narażeniem swej starości trwonią, w błogiej nadziei „pozbycia się córki” - gdzieś tam na zabawie.
„Pozbycie się córki”!... Jakież to smutne – a jednak prawdziwe. Szukają więc niezmordowanie sposobności i miejsca, gdzieby dogodnie umieścić dziecko i pozbyć się tego wielkiego kłopotu.

Junosza-Nałęcz, Bez posagu, w: Dobra Gospodyni”, 1903

 

Niestety! minęły już te czasy romantyczne – już nie żenią się teraz zupełnie bezinteresownie z pannami bez posagu albo możnych protekcji; panna mniej ładna i dobra, ale bogata – ma więcej starających się o nią, niż najpiękniejsza i dobra jak anioł.
Nie można jednakże bez zastrzeżeń krytykować młodzieńca, który nie chce albo nie może się żenić bez tej solidnej pomocy, jaką chce mieć w posagu żony. Proza ta niech nas nie zadziwia ani gorszy – dzisiejsze bowiem życie jest bardzo kosztowne, często trudne, a wreszcie ludzie są tak słabi i lubiący wygody, że uważają tworzenie rodziny za niebezpieczne w razie niemożności ofiarowania czegośkolwiek swej przyszłej żonie. Młodzieniec, mający dochodu 400-600 rubli rocznie – czyż może, po zastanowieniu się, obarczać się rodziną i wystarczyć na wszystkie potrzeby żony i dzieci, jeżeli nie ma widoków, że dochody jego się powiększą? Zostaje więc albo starym kawalerem, albo też musi szukać panny z posagiem, dającym procent chociażby tylko dorównający jego rocznemu dochodowi.

Junosza-Nałęcz, Bez posagu, w: Dobra Gospodyni”, 1903

 

Otóż, łaskawe panie, na to jest sposób bardzo łatwy, którego wykonanie od was tylko zależy. Jeżeli rodzice powinni się starać i dawać córkom wymagalne nowoczesne wykształcenie, odpowiednie własnej sferze i rozwijające je na istoty inteligentne, myślące i energiczne – to równocześnie panienki powinny umieć wyzyskać te dobrodziejstwa... z otrzymanych nauk i pracą odpowiednią same sobie powinny uzbierać posag – niech tylko chcą i odważą się pracować!
Wtenczas – nie będą to już lękliwe, rozpieszczone istoty, które na los szczęścia się wybiera, stosownie do ilości pożądanego złota – ale będą to kobiety czynne, zabiegliwe, praktyczne, zdolne zastępować męża w interesach; takie kobiety nie dla swego posagu, a dla swoich cnót i zalet będą pożądane przez młodzież naszą, która uszanuje w nich już nie tylko kobietę, ale i dzielnego współpracownika!

Junosza-Nałęcz, Bez posagu, w: Dobra Gospodyni”, 1903

 

Otóż będąc wielką zwolenniczką prądu nowego, kierującego kobietę do niezależnej pracy biurowej, pragnęłabym zrobić w tejże pewne odróżnienia i wykazać, że w wielu razach jest ona niewłaściwie zastosowana.
Wobec nader ciężkich warunków życia, a może zbyt podniesionej stopy wymagań, coraz więcej mamy panien, które nie mogą lub nie chcą wyjść za maż, a nie posiadając majątku, muszą pomyśleć o zabezpieczeniu sobie bytu. Szukają zatem zajęcia, zostają nauczycielkami, zakładają sklepy, różnorodne pracownie, najchętniej zaś cisną się do biur i o tych to właśnie mówić będziemy.

Matka, Praca wiejskich panien w Warszawie, w: „Dobra gospodyni”, 1904

 

W jednej z powieści drukowanych w „Tygodniku mód i powieści” z kolei przedstawiono los panny posażnej, otoczonej przez mężczyzn czyhających głównie na jej majątek. (Panna Stella znajduje oczywiście w końcu odpowiedniego kandydata na męża i zostaje szczęśliwą żoną)

Pannę ładną, z dobrego gniazda, wzorowo wychowaną, pełną przymiotów i zalet i bogatą, rychło rój wielbicieli otoczył. A może niestety!... głównie dla onego ostatniego zwłaszcza przymiotu... Boć to wiek dziewiętnasty, mój Boże!
Dotąd jednakże Stella żadnego nie uczyniła wyboru: to ją raziła czczość umysłów i próżnia serca, to zarozumiałość, wytrawione na wszystko uczucie, wystygłość na wrażenia wszelkie i oschłość ducha; to wreszcie materjalizm wstrętny i owe wszystkie bolesne przywary dni naszych. Przeczuwała nadto w każdym wielbicielu swoim, raczej wielbiciela ponętnych miljonów, które stanowiły jej wiano. Bywała wiele w świecie, bo państwo Zebrzyńscy wyjeżdżali często; poznała towarzystwo, świat elegancki, mimo tego przechowała jednak uczucia młode, świeże, kochała ludzi, zapatrywała się poetycznie na życie, lecz obawiała się konkurentów o posag.
Rój owych wielbicieli grosza, począł jej być ciężarem i nudził ostatecznie, więc też państwo Zebrzyńscy wyjechali z domu, niemal w tajemnicy: nikt nie wiedział dokąd, by pasożytna czereda nie pogoniła za niemi i już drugi właśnie tydzień bawili w Zródliskach swobodnie, spokojnie, szczęśliwi, bez onej ćmy konkurentów!

Paulina L. Wilkońska, Stella, w: „Tygodnik mód i powieści”, 1874

O wyższości gospodarności nad posagiem zapewniałą czytelniczki Maria Julia Zaleska:

Mateczka nie wniosła mu posagu, a jednak, jak twierdził zawsze ojciec, ona to w znacznej części przyczyniła się do tego, że się pozbył ostatecznie długów i doszedł do takiego dobrobytu.

Maria Julia Zaleska, Dwie siostry, Warszawa 1888

 

W 1901 roku najpoważniejszą panną w Warszawie była Ludwika Krasińska, ciesząca się z tego tytułu ogromnym powodzeniem. Kawalerowie z najświetniejszych gotowi byli nawet ignorować słynne złe maniery jej ekscentrycznej matki, pani Magdaleny.

Wieczorem tego dnia był wielki bal wydawany na naszą intencję przez hr. Magdalenę Krasińską, bliską krewną p. Aleksandra, w pałacu własnym przy ul. Foksal. Zaproszeni byli wszyscy będący w Warszawie członkowie obu rodzin, poza tym cała najwyższa arystokracja, będąca tego dnia w mieście oraz najświetniejsi tancerze. Był to pierwszy rok ukazania się w świecie panny domu, której było na imię Ludwika. Była bardzo miła, małego raczej wzrostu, wcale ładna, śliczne miała oczy, a poza tym jedynaczka, najbogatsza partia w kraju. Toteż na obecnym balu uwijali się koło niej i rwali ją do tańca najlepsi przeważnie tancerze, i to z mitrami w herbach.

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu… Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, 1989

 

W lewej bocznej odnodze zajmowała miejsce najbogatsza w kraju panna na wydaniu – Ludwika Krasińska. Na prawo od niej zajmował miejsce ks. Adam Czartoryski, w przyszłości jej mąż, z lewej Maurycy Zamoyski, który równocześnie starał się o rękę Ludwiki. Po drugiej stronie stołu naprzeciwko niej siedziała moja siostra Isia Lubańska, mając po swej prawicy Jana Radziwiłła, po prawej któregoś z Platerów Niekłańskich. Ci dwaj panowie również konkurowali do ręki Ludwiki. Radziwiłł który prowadził do stołu Isię, był wściekły, że nie posadzono go obok Ludwiki, wobec czego niegrzecznie się zachował wobec Isi, nie odezwawszy się do niej ani jednym słowem. Biedna Isia, o której względy dobijali się zwykle wszyscy mężczyźni, doznała tu tak wielkiej przykrości, powiedzmy raczej upokorzenia.

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu… Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, 1989

 

Ale warunkiem koniecznym do szczęścia i użytecznego życia zaręczonych jest, aby panna Krasińska nie wdała się w matkę, która skończoną jest dziwaczką, niegrzeczna, fantastyczka, po prostu źle wychowana. Nie cierpią jej w Warszawie. Widziałam sama, jak na balu u Kossakowskich nie podała ręki prezentującej jej się księżnej Zdzisławowej Lubomirskiej, a na innym wieczorze wycofała córkę z mazura, żeby vis à vis panny Branickiej nie tańcowała.
Koterie też porobiły się w towarzystwie. Wszyscy Potoccy, Lubomirscy, Braniccy do jednego należeli obozu, z którego wykluczona była pani Ludwikowa. W drugim ona królowała, ale że panna ma kilka czy kilkanaście milionów, synowie starających się matek biegali na Foksal i prześcigali się tam w grzecznościach.
Losy ważyły się między ordynatem Zamoyskim, Stanisławem Lubomirskim, synem księcia Eugeniusza, a Franciszkiem ordynatem Potockim. Cała Warszawa interesowała się do tych konkurów, a jak gruchnęła wiadomość, że Czartoryski przyjęty, zadziwiło to wszystkich, bo nie zdawał się o pannę starać.

Maria z Łubieńskich Górska, Gdybym mniej kochała, Warszawa 1997

 

Litwinki Sianożęckie idą jedna za Kurnatowskiego z Księstwa, druga za królewiaka Bujno, który tańcując z pannami tłumaczył im, że tylko bogato można się żenić.

Maria z Łubieńskich Górska, Gdybym mniej kochała, Warszawa 1997

 

W 1903 roku Maria Górska dalej zgryźliwie komentowała interesownośc mężczyzn:

Jak na horyzoncie pojawia się wielka bogaczka, jak Ludwikówna Krasińska albo Wodzicka, która wyszła za ks. Kazimierza Lubomirskiego, zlatują się epuzery, każdy w swoje wdzięki czy gwiazdę ufny. Przy tej sposobności i chcąc się dobrze wydać, tańce i wesołość bywa szczera, ale w tym roku zupełnie tej przynęty w Krakowie brakło. Była wprawdzie śliczna ks. Sapieżanka, córka ostatniej Sanguszkowej, i dwie Zamoyskie Zdzisławówny, ale same wdzięki nie poparte milionami nie nęcą rycerzy XIX wieku. Zabawy więc szły dość opieszale i nie skojarzyły żadnych sympatii.

Maria z Łubieńskich Górska, Gdybym mniej kochała, Warszawa 1997

 

W porównaniu z majątkiem braci córki posagi otrzymały stosunkowo skromne, bo o jednorazową większą sumę pieniędzy zawsze było trudno. Zabierając te pieniądze uszczuplały majątek braci, czyli że interesy ich kolidowały z głównym i podstawowym celem rodziny. Wprowadzenie córek w świat i wydawanie ich za mąż należało do krytycznych okresów w życiu Dereszewicz, jak zresztą w trzech czwartych innych dworów. Moja babka robiła „co trzeba", a ta formułka oznacza zwykle rzeczy przykre. Wydatki, pobyty w Warszawie, a szczególnie rozstanie z żoną wtrącały dziadka w irytację.

Janina z Puttkamerów Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie, Londyn 1998

 

 

 

 

 

Visit Czas's profile on Pinterest.