Czas Emancypantek

Kto usiłuje różem i pudrem poprawić normalny kolor swojej twarzy, ten przypomina pacykarza, który usiłowałby skopiować obrazy Tycjana za pomocą farby czerwonej i białej. Róż i puder stanowią atrybuty sceny.

Kobieta prawie nato stworzona, aby swoją, dobrocią, uprzejmością w obejściu łagodziła, koiła, pocieszała smutnych i strapionych; zasmucać tych, których kocha, nie powinna nigdy, ale przeciwnie okazywać im zawsze pogodne oblicze.

Młody człowiek, który zaangażowawszy tancerkę, zapomina o tem i pozostawia ją siedzącą, może się narazić na bardzo przykre następstwa; ojciec, brat lub narzeczony są w stanie i nieledwie są w prawie ubliżyć mu lub wyzwać go na pojedynek.

 

.................

Im bardziej zbliża się dzień ślubu, tem poufalsze może być zachowanie się narzeczonych; matka może ich opuszczać na czas jakiś i wychodzić do swoich apartamentów, drzwi jednak do salonu powinny być zawsze otwarte, tak aby co chwila była w możności wejść niespodzianie.


Popularną formą dobroczynności były bale dobroczynne. Jako organizatorki patronowały im często osoby z najwyższego towarzystwa. Na bale sprzedawano bilety – bywało, że imienne i sprzedawane tylko osobom należących do właściwych sfer – a dochód przeznaczano na z góry określony szlachetny cel. Przygotowania dekoracji sali mogli podejmować się znani artyści (za żadnym lub bardzo skromnym wynagrodzeniem). Niektórzy hojniejsi dobroczyńcy oprócz zakupienia biletu wpłacali także dodatkowo jakieś sumy na rzecz danej organizacji.

Bal dobroczynny zapewniał więc uczestnikom wszelkie atrakcje wiążące się z balami – tańce, muzykę, rozmowy, możliwość nawiązana nowych kontaktów, a także zaprezentowania córek na wydaniu gronu może nawet szerszemu, niż w innym wypadku. Jednocześnie pozwalał spełnić dobry uczynek.

Publicyści, jak Prus, podawali czasem w wątpliwość, czy bale są najlepszą formą zbierania funduszy. Zauważali także, że wiążą się one ze znacznymi kosztami dla uczestników, którzy musieli się przecież odpowiednio przygotować – tym bardziej, że bale dobroczynne często bywały kostiumowe.

 

Gdy już mowa o widowiskach lub zabawach z celem zacnym, wspomnimy tu o zamiarze urządzenia drugiego jeszcze balu na dochód tutejszego Zakładu leczniczego dla dzieci. Pierwszy bal taki, jak wiecie dany w Ratuszu, przyniósł Zakładowi znaczną, bo do 2,000 rubli dochodzącą sumę – oby drugi, również pomyślny rezultat sprowadzić zdołał.

Pogadanka, w: „Tygodnik mód i powieści”, 1873

 

Czyż mam jeszcze opowiedzieć ostatnie chwile umarłego już karnawału? Być może iż wiele Warszawianek, asystowało osobiście przy ostatnich podrygach balowych, tego niepoprawnego hulaki – wątpię jednakże ażeby którakolwiek przytomną była wszystkim, wyprawionym przez niego figlom, jakiemi ten zręczny kuglarz, na wzór wszystkich poprzedników swoich, bawi i tumani rozstających się już z nim czcicieli. Ostatnim dobrym uczynkiem tegorocznego karnawału, był bal w Resursie Kupieckiej na dochód studentów uniwersytetu, lecz zabawa ta, tak świetna, na którą zgromadziło się około ośmset osób, roztańczonych nie tylko w głównym lecz i w przyległych salonach – zawdzięcza pewnie powodzenie swoje Wam właśnie, moje Czytelniczki, ponieważ pewna część z Waszego koła pełniła bardzo gorliwie obowiązki gospodyń tego balu, i wszystkiemi sposobami starała się o rozprzedanie biletów i sprowadzenie jak najliczniejszego towarzystwa, na zabawę tak poczciwym opatrzoną celem. Był to zresztą czyn dość zwyczajny, choć zacny, ze strony piękniejszej połowy płci Warszawskiej, której przedstawicielki, nie tylko w stolicy lecz i po całym kraju gotowe są zawsze do inicjatywy lub poparcia każdego szlachetnego zamiaru. Dowiódł nam tego bal na Zakład leczniczy dla dzieci, dowiodło wiele innych dawniejszych przykładów a i w przyszłości potwierdzenia takich dowodów serca i rozumu waszego, zapewne nam nie zbraknie. To też, bądźcie panie rozgrzeszone za wszystkie drobniuchne przewinienia wasze: za wasze długie treny, za wasze (ach! nie za wasze prawda,) zbyt wysokie koki i zbyt wydatne turniury... Bądźcie błogosławione nawet za... te rany, jakie sercom brzydkiej połowy rodu ludzkiego zadajecie. Niech co chcą mówią surowi moraliści i pozytywni sędziowie wasi – my widzim zawsze, z serdeczną pociechą, że dziś jeszcze, pomimo iż żyjemy w epoce egoizmu, a po „złotym”, „miedzianym” i „żelaznym” wiekach-weszliśmy w wiek „giełdowy” że dziś jeszcze przeważna część córek tej ziemi, przechowała w sercach też same cnoty, jakiemi jaśniały tak „cicho”, ich czcigodne pra-baby, matki bohaterów i obywateli.

Pogadanka, w: „Tygodnik mód i powieści”, 1873

 

Z zabaw, które miały miejsce w Warszawie, zasługują na zanotowanie: bal na Dobroczynność, który przyniósł 1050 rs, bal na studentów uniwersytetu (4 lutego), który do resursy Kupieckiej zgromadził około 600 osób, i wreszcie bal w sali ratuszowej na Szpital Dziecinny, który przyniósł około 3000 rs i zgromadził około 2000 osób.

Bolesław Prus, Sprawy bieżące, w: „Niwa”, 1875

 

Bal kostiumowy organizowany z ramienia Towarzystwa Dobroczynności przez hr. Walewskiego odbył się 21 II w salach ratuszowych. Czysty dochód wyniósł 3000 rs, a ofiary dały jeszcze około 700 rs. Suma ta została przeznaczona na rozpoczęcie budowy domu na przytułek dla 250 starców „w posesji podominikańskiej w powstałych po pogorzeli zabudowaniach murowanych”.

„Kurier Warszawski”, 1887

 

Szpitalik dziecinny przy ulicy Aleksandrya jak zwykle odwołuje się do ofiarności publicznej za pomocą balu, który powiększy jego fundusze, niedostateczne dla instytucyi oddającej jak wiadomo tak wielkie usługi tutejszemu miastu, przygarniając chore biedne dzieci.
Bal projektowany odbyć się ma sali ratuszowej w dniu 20 stycznia (1-go lutego), oryginalność zaś jego stanowić będzie nazwa „białego balu,” z powodu, iż wszystkie młode panie proszone są o przybycie w białych strojach, panowie zaś z białemi bukiecikami i boku.
Aby niepsuć wrażenia jakie przedstawi widok sali balowej, przybranej w zielone wieńce, pełnej tancerek w bieli, osoby starsze, ubrane kolorowo, proszone będą o zajęcie miejsc w drugich rzędach krzeseł.
Głównemi gospodyniami i opiekunkami balu będą panie: hr. Róża z Potockich Raczyńska, i hr. Anna z Potockich Branicka; głównym zaś opiekunem i organizatorem, jak od lat wielu, członek zarządzający szpitala pan Kazimierz Dobiecki.
Ponieważ szpitalik dla dzieci raz w rok tylko urządza zabawę, mającą mu przynieść korzyść, spodziewać się należy że bilety na bal jak zwykle w znaczne liczbie rozkupione zostaną.

Silva rerum, w” Kronika Rodzinna”, 1893

 

Od zarządu warszawskiego szpitala dla dzieci przy ulicy Aleksandrya otrzymujemy następujące ogłoszenie:
„Zarząd szpitala dla dzieci ma zaszczyt podać do wiadomości powszechnej rezultat dochodu z dorocznego, tradycyjnego balu, danego w ratuszu w dniu 29 stycznie b. r.
Przychód: Ze sprzedaży biletów wejścia na salę i galeryę rs. 3,732; z ofiar i naddatków, z których znaczniejsze złożyli: J. E. główny naczelnik kraju generał Hurko wraz z małżonką rs. 200, oraz po rubli 100: j. w. hr. Konstantowa Branicka, hr. Adamowa Colona-Czosnowska, hr. Adam Krasiński, Leopold Kronenberg z Kronenbergów hr. Karolowa Zamoyska, Jakób hr. Potocki, Karolowie Starzyńscy; - po rs. 50: j. w. gubernatorowa Helena Andrzejew, Janowie Blochowie, Emanuel Bułhak, Helena Jodko, Adam Piędziki, hr. Konstanty Przeździecki, Karolowie Szlenkierowie, Karolowie Telerowie – ogółem rubli 1,326, dochód brutto wyniósł rs. 5,058.
Rozchód: Druk biletów i afiszów, urządzenie sali balowej (z wyłączeniem kosztów dekoracji) i innych pokoi, orkiestra, oświetlenie, niższa służba i t. p. wydatki (z wyłączeniem chłodników, roznoszonych po sali i galeryach), dowodami usprawiedliwione, wyniosły ogółem rs. 556 kop. 94.
Pozostało przeto czystego dochodu rs. 4,501 kop. 06.
Rezultat powyższy, aczkolwiek mniejszy od dochodu z lat poprzednich, biorąc na uwagę nieprzyjazne okoliczności, w których termin balu się znalazł w r. b., uważany być musi za świetny i dlatego zarząd szpitala poczytuje sobie za miły obowiązek, w imieniu chorych dziatek, wynurzyć głęboką wdzięczność szanownej publiczności, opiekunom i dobrodziejom, prasie, jak również wszystkim osobom dobrej woli, a w ich liczbie pp. artystom Janowi Wojdydze i Fr. Ejsmondowi, pod których kierunkiem wspaniała dekoracya sali balowej, uskutecznioną została, za tak skutecznie poparcie jego usiłowań.

W imieniu Zarządu Szpitala delegowani Członkowie tegoż Zarządu,
Xawerowa Branicka, Kazimierz Dobiecki

Silva rerum, w” Kronika Rodzinna”, 1893

 

W miesiącu kwietniu warszawskie Towarzystwo Dobroczynności urządzało przez kilka dni widowiska cyrkowe na swoich biednych, a – pewne kółko dam wydało bal wiosenny na rzecz piątej szwalni. Otóż ciekawe są rezultaty finansowe.
Bal wiosenny miał w ogóle dziewięćset dziewięćdziesiąt dwa ruble dochodu, a siedemset siedemnaście rubli czystego zysku, zaś cyrk miał dwa tysiące siedemset osiemdziesiąt dwa ruble ogólnego dochodu, a tylko sto dwanaście rubli czystego zysku.
Stąd wynika, że bal kosztował prawie trzy razy mniej, a przyniósł prawie siedm razy więcej aniżeli cyrk i że gdy na balu zysk stanowił siedemdziesiąt dwa procent dochodu, to w cyrku zysk tworzył ledwie cztery procent ogólnego dochodu!
Sens moralny, że Towarzystwo Dobroczynności w roli cyrkowego przedsiębiorcy nie robi zbyt świetnych interesów i że gdy chodzi o filantropię, gospodarstwo kobiece jest nie dziesięć, ale ze dwadzieścia razy korzystniejsze od męskiego…

Bolesław Prus, Kronika tygodniowa w: „Kurier codzienny”, 1895

 

Prus przejawiał nie raz krytyczny stosunek do balów dobroczynnych:

- Najważniejszą częścią tego odczytu była odezwa do warszawskiej Elżbiety Fry, że czas już zająć się nieszczęśliwymi. Ale ona tego nie słyszała, zajęta gdzieś w suterynie lub pod strychem…
- Cóż pan mówisz o damach obecnych?...
- Powtórzę to, co powiedział mówca, że: miłosierdzie nie daje się wytańcować, i dodam, że te, co pozwalają tak bujnie kwitnąć około siebie chwastom złotej młodzieży, nigdy nie będą pocieszycielkami strapionych…

Bolesław Prus, Na czasie, w: „Kolce”, 1874

 

Cele są piękne, należy jednak pamiętać czasem, aby środki prowadzące do nich zbyt kosztowne nie były. A trafia się tak! W minionym np. karnawale jedno z zebrań dobroczynnych przyniosło dajmy na to 100 rs zysku, cóż z tego, kiedy suknia jednej z dam główną grających rolę kosztowała, dajmy na to, 300 rs? gdyby w ten sposób oceniono suknie innych dam i cyfry zsumowano, wówczas okazałoby się, że dobroczynność nasza podobną jest do puszczania krwi suchotnikom lub zabijania much kamieniem młyńskim, notabene na głowie osoby naszemu sercu drogiej.

Bolesław Prus, Sprawy bieżące, w: „Niwa”, 1875

 

Że zaś kobieta na tkliwą poezję leci, jak mysz na przydymione sadło, nie dziw więc, że nie było rodziny prenumerującej „Kuriera”, w której jakieś „piękne oko nie zasłoniłoby się łzami” i jakaś „śnieżna pierś nie falowałaby westchnieniem”. A wszystko na intencję „ojców pozbawionych roboty” – „głodnych matek” i „zsiniałych z zimna dzieci”.
Skutek do przewidzenia łatwy. Ponieważ tyle było „głodnych matek”, tyle… panien pozbawionych możności ukazania się w liczniejszym towarzystwie, tylu „ojców bez pracy” i tylu ojców, pragnących mieć spokój w domu, więc… szedł bal za balem, jak pułki tatarskie za czasów Tamerlana. A wszystko na cel dobroczynny…
Toteż od czasu wynalezienia pierwszego „zsiniałego dziecka” przez kilkanaście lat inteligentny warszawiak nie należał do siebie, tylko do cierpiącej ludzkości. Jeżeli kupował frak, to dla „ojców bez roboty…” Jeżeli spocony i ochrypnięty wrzeszczał na balu: „damy rrrond… panowie do śśśrodka!...”, to z myślą o „zsiniałych dzieciach…” Jeżeli na resursowych kolacjach po dwa ruble wydzierał kelnerom niedopieczone łapy kacze, to na intencję „głodnych matek”.
I dziwna rzecz: choć wszyscy żyliśmy i tańcowaliśmy tylko dla niedoli, choć berło dobroczynności nie wychodziło z „białych rączek”, choć gazety rozpływały się nad damską filantropią – w mieście działo się nie najosobliwiej. Kto nie miał co jeść, był głodny; kto nie miał węgli i odzieży, siniał z zimna; pomimo że Lewandowski komponował po kilka mazurów rocznie, a na „szklistych posadzkach” obu resurs każda „urocza” i „powiewna” filantropka była „kwiatem, który nie tylko do wieńców i bukietów, ale i do dzieła miłosierdzia wpleść można”.
Wprawdzie i wówczas trafiały się zgryźliwe jednostki, które układały równania między „powiewnością” i „uroczością” a „ocieraniem łez niedoli”.
I równania wyglądały tak:
Suknie dla 12 „powiewnych” i „uroczych” à 15 rs sztuka    1800 rs
Buciki, wachlarzyki, rękawiczki à 5 rs    600 rs
Odświeżenie 100 matek lub ciotek à 3 rs    300 rs
Odprasowanie 200 fraków dla „rześkich” à 1 rs   200 rs
Idem rękawiczki, kamaszyki, gibusy à 2 rs    400 rs
Kolacja przynajmniej dla 300 osób à 2 rs    600 rs
Razem wydatków    3900 rs

Za taką cenę sprzedawało się 420 biletów à 2 rs    840 rs
Z czego na muzykę i salę odchodziło     80 rs
A dla otarcia łez zostawało     760 rs

Tym sposobem za każdego rubla na rzecz „ojców pozbawionych roboty” ojcowie obdarzeni córkami dopłacali po 5 rs 23 kop., chyba… kopytkowego, bo dalibóg nie wiem, jak nazwać ten szczególny rodzaj haraczu!
Otóż od zeszłego roku zwyczaj ten zmienił się. „Berło dobroczynności z białych rączek” przeszło w zwyczajne ręce męskie. Zamiast kwilenia poetów wyszły odezwy: pana oberpolicmajstra, Komitetu Antycholerycznego i znaczniejszych przemysłowców. Nie kupiono ani jednej balowej sukni, nie obmyślono ani jednego „karnecika”, nie odtańczono ani jednego walca, lecz – skutek jest taki, że „Warszawa wydaje dziennie dziesięć tysięcy porcji żywności taniej i zdrowej, nocleg ośmiuset ludziom bezdomnym, a pracę czterystu ludziom, pozbawionym zarobku. Niezależnie zaś od tego istnieje przy Towarzystwie Dobroczynności «wydział przytułku dla podupadłych rzemieślników fabrycznych», który już myśli o budowie domu i posiada z dziesięć tysięcy rubli, zadeklarowanych na ten cel.”
Gdybyśmy te wszystkie „kuchnie tanie i bezpłatne” – „domy noclegowe i zarobkowe” chcieli odtańcować, musielibyśmy w Warszawie założyć kilka nowych fabryk lekkich tkanin. Nadto mielibyśmy zerwane nogi i chroniczny katar płuc, a panowie Lewandowski i Sonnenfeld, „upadając ze znużenia”, nabraliby takiego wstrętu do muzyki, że chyba musielibyśmy wyrzec się ich pożytecznej działalności.
Skąd brać mamy naukę, że do „wieńców miłosierdzia” nie opłaci się „wplatanie żywych kwiatów” pomimo całej ich „powiewności” – „uroczości” i… „przedziwnej prześliczności”, o której zapewniają nas poeci, wiecznie rozpływający się w „szelestach jedwabi” i „gamie chromatycznej kolorów”.

Bolesław Prus, Kronika tygodniowa w: „Kurier codzienny”, 1894

 

Maria z Łubieńskich Górska wspomina o balu dobroczynnym, którego organizatorką była jej szwagierka, Julia z Golicynów.

Ludwiś nasz cały prawie karnawał siedział w Woli. Był tylko na balu kostiumowym urządzonym przez Julkę Górską na dochód tj. stowarzyszenia pań opiekujących się nowo narodzonymi dziećmi.

Maria z Łubieńskich Górska, Gdybym mniej kochała, Warszawa 1997

 

Bal kostiumowy na Macierzyństwo, urządzony przez Julkę Górską, bardzo się udał, bo 5.000 rs dał dochodu. Panny przeważnie przedstawiać miały kwiaty, a więc Branicka chryzantemę, Maryś Czertwertyńska różę, Pia konwalię. Było paru panów w czerwonych i niebieskich frakach. Znalazła się une princesce lointaine, szkoda, że śliczny kostium szpeciła stara twarz żydowska. Sama Julka mówiła o sobie, że choć ma sześćdziesiąt lat, zakasuje wszystkich jako Maria Antonina.

Maria z Łubieńskich Górska, Gdybym mniej kochała, Warszawa 1997

 

Wśród gości tego balu znalazła się również Magdalena Grabowska:

Jednym z ostatnich balów bieżącego karnawału był urządzony przez panią Konstantową Górską doroczny wielki bal w sali Malinowej na cele dobroczynne. Główną atrakcją tej zabawy było to, że wszystkie panie miały się ukazać w stylowych uczesaniach główek. Oczywiście wieczorem pobiegłem na Bracką. Bardzo ładna różowa sukienka, przybrana koronkami, a główka z długimi ciemnymi lokami – „Marie Antoinette! Jak marzenie!" Z twarzyczki jej widać było, że jest ze swego wyglądu zadowolona.

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu… Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, 1989

 

Z Warszawy, zasmuconej jeszcze wstrząsami rewolucji, kto mógł, ściągał do Krakowa i bale odbywały się po balach, z wyróżnieniem dwóch publicznych, na których bywało „towarzystwo", bo były patronowane przez gospodynie o najświetniejszych nazwiskach: bal kolonii wakacyjnych w Rabce, czyli rabczański, i św. Wincentego a Paulo, odbywający się co roku w ostatni piątek karnawału. Zaczynano na nim tańczyć po północy.

Janina z Puttkamerów Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie, Londyn 1998

 

Bal dobroczynny, 1883   Charity ball, 1883Tygodnik Illustrowany, 1883 

 

 

Na podobny temat: Bazary dobroczynne

 

Visit Czas's profile on Pinterest.