Istotnym elementem warszawskiego życia towarzyskiego w czerwcu były wyścigi konne. Były one częścią tzw. letniego karnawału, czyli sezonu balów i zabaw, a także pikników i innych wydarzeń plenerowych. Hodowla koni wyścigowych, jako bardzo kosztowna, była przywilejem ludzi zamożnych i posiadających odpowiedniej wielkości majątki ziemskie, stąd prestiż wyścigów.

Panie przyglądały się wyścigom z otwartych powozów lub z trybuny. Nie wypadało im zbyt angażować się emocjonalnie, ani wypowiadać się na temat szczegółów hodowli koni, chociaż były takie, które dobrze się na niej znały. Nie wypadało im także uprawiać hazardu (u Prusa panna Izabela zakłada się co prawda, że klacz Wokulskiego zwycięży, ale tylko z ciotką).

 

Na wyścigach wczoraj i w Sobotę, pomimo deszczu, niebrakło Publiczności, Damy nawet dość licznie zebrać się raczyły, by na tych nowoczesnych turniejach zachęcać śmiałych spółzawodników i obdarzać zwycięzców najpiękniejszą nagrodą, uśmiechem.

„Kurier Warszawski”, 1865

 

W teatrze, w loży, w trybunach wyścigowych, parlamentarnych itd., na przodzie siada matka z córką a ojciec z tyłu.

Zwyczaje towarzyskie (Le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane, Kraków 1876

 

W karnawale lub w porze wyścigów panny takie zjeżdżają do miast, a zjawienie się ich ma wszystkie cechy maskarady, bo domowe perkaliki i tybeciki zamieniają na balowe suknie jedwabne lub lekkie pajęcze tkaniny, skrojone podług paryzkich żurnalów, paradują w najętych powozach, przebierają poczciwych Grzesiów i Kubów w sutą liberyję i za pożyczane pieniądze oszukują świat wystawnością, za którą kryje się brudne skąpstwo i ruina majątkowa.

Michał Bałucki, Album kandydatek do stanu małżeńskiego. Z notat starego kawalera, Kraków 1877

 

Skończył nareszcie dni swoje ów tak zwany „letni karnawał warszawski" i doprawdy nie możemy pożegnać go inaczej jak tylko najszczerszem życzeniem „by w podobnych warunkach nie powracał więcej". Mamy tu głównie na myśli wystawę koni i wyścigi, których jedynem zdaje się celem: bezmyślna zabawka panów.

Z kraju i z zagranicy, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1882

 

Towarzystwo wyścigów konnych połączyło ze swą zabawą modną a przystępną jedynie panom i pankom, wystawę koni i inwentarza na placu Ujazdowskim. Jest to z kolei trzecia wystawa otworzona 10 czerwca r. b ., na której przeważnie spotykamy okazy zbytkowe, wyhodowane przez właścicieli większych posiadłości, najmniej zaś licznie są reprezentowane działy tak koni jak i inwentarza mające bezpośredni związek z gospodarstwem praktycznem.

Dwie wystawy, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1882

 

W Warszawie rozpoczyna się już tak zwany „karnawał letni", który z powodu wystawy przemysłowo-rolniczej, będzie bardziej ruchliwym i ożywionym niż zwykle. Kupcy warszawscy, którzy uskarżają się na ogólny zastój w interesach i stagnacyą, obiecują sobie, że ruch czerwcowy powetuje im straty. To też za pomocą wszelkiego rodzaju ogłoszeń i reklam, starają się zwracać na swe sklepy uwagę publiczności. Być może, że nadzieja nie zawiedzie handlujących, gdyż wystawa, wyścigi i jarmark wełniany, ściągną do miasta znaczną liczbę gości i wywołają tak upragnione ożywienie.

Wiadomości z kraju, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1885

 

Dwa są punkta kulminacyjne w życiu towarzyskiem Warszawy: karnawał i wyścigi. W czerwcu, kiedy równocześnie schodzi się i wystawa i jarmark wełniany, zjazd bywa wielki, gości, zwłaszcza wiejskich dużo, nastaje właśnie ta druga epoka warszawskich zabaw, karnawałem letnim nazwana.

Antoni Zaleski, Towarzystwo warszawskie. Listy do przyjaciółki, przez Baronową X. Y. Z., Kraków, t. I 1886

 

Zabawy zimowe trwają w Warszawie przez cały karnawał i wielki post. Po świętach Wielkanocnych ruch towarzyski zaczyna słabnąć na parę miesięcy, ażeby znowu w czerwcu ożywić się i zabłysnąć w epoce wyścigów i wystawy... Na „letni karnawał” zjazd ze wsi bywa mniejszy, zawsze jednak jest znaczny, a zebrania przenoszą się z salonów do lóż wystawowych, na wyścigi, gdzie się odwiedza znajomych w ich powozach – na koncertach w Dolinie Szwajcarskiej, które jednak z każdym rokiem coraz bardziej wychodzą z mody – a jeśli zjazd liczny i chęć do zabaw większa, to trafi się czasem i niejeden bal prywatny i parę pikników towarzyskich w jakimś arystokratycznym lokalu lub za miastem, najczęściej w Marcellinie , willi-restauracyi, położonej za rogatkami belwederskiemi.

Antoni Zaleski, Towarzystwo warszawskie. Listy do przyjaciółki, przez Baronową X. Y. Z., Kraków, t. I 1886

 

 

Ze słów oburzonego felietonisty „Tygodnika Mód i Powieści” wynika, że panie (i to panie nawet z dobrych domów) nie unikały także hazardu:

Tyle lat obcym nam był hazard praktykowany przy wyścigach na zachodzie Europy, tyle lat nie wiedzieliśmy o nim, a nie byliśmy wtedy ani ubożsi, ani ciemniejsi, ani słabsi fizycznie, ani mniej pod wszelkim a wszelkim względem ukwalifikowani, do przyjmowania udziału w jakimś akcie gromadnej wesołości i do usprawiedliwienia się z tego w oczach własnych i cudzych. Ni ztąd, ni zowąd spadła nam ta zabawka niedorzeczna a rujnująca, zabawka niedostępna dla jednych, uwłaczająca dla drugich i nie upłynęło jak kilka lat a zbrataliśmy się z nią tak szczególnie, że dziś widzimy za jej pośrednictwem, w miłem pomięszaniu: ludzi stanowisk poważnych i młodzież próżniaczą, bogatych i ubogich, tych którzy są członkami rodzin szanownych i hotelowych garsonów, głośnych nawet w nauce tuż obok perukarzy, ludzi pióra i kantorzystów, kobiety domów uczciwych i te, które kobietami nie mają prawa się nazywać.

A.S., Warszawa, we Wrześniu 1895 roku, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1895

 

Co się tyczy udziału pań i panien na wyścigach, to naturalnie bywać mogą jedynie w charakterze widzów, lub też cała czynna strona ich udziału w sporcie tego rodzaju ogranicza się na tem, że mogą być… właścicielkami ścigających się koni.

Mieczysław Rościszewski, Księga obyczajów towarzyskich, Warszawa, Lwów, 1905

 

Damy, odwiedzające wyścigi, sadowią się zwykle na specjalnych trybunach lub zostają w otwartych pojazdach. Toalety ich musza być zastosowane do pogody, ale w każdym razie powinny być jasne, ażeby nadać uroczystości wygląd weselny i bardziej ożywiony.
Wychodzić z trybun lub ekwipaży w celu przypatrzenia się wadze żokejów paniom pod żadnym pozorem nie przystoi nawet wtedy, gdy dama jest właścicielką konia.
Nikt nie wątpi o tem, że panie znają się na wadach i zaletach koni równie dobrze, jak mężczyźni, ale zapuszczać się w głośne rozprawy w tej mierze, dowodzić siły lub słabości konia, damom wogóle nie uchodzi, gdyż nie idzie to w parze z jej kobiecością.

Mieczysław Rościszewski, Dobry ton, Warszawa, Lwów, 1905

 

Najsłynniejszy może opis warszawskich wyścigów znaleźć można w „Lalce” Prusa:

Ranne godziny wlokły mu się, jakby do nich zaprzężono woły. Wokulski na chwilę tylko wpadł do sklepu, przy obiedzie nie mógł jeść, potem poszedł do Saskiego ogrodu, ciągle myśląc: czy klacz wygra i czy go panna Izabela pokocha?... Przemógł się jednak i wyjechał z domu dopiero około piątej.
 W alejach Ujazdowskich był juz taki natłok powozów i dorożek, że miejscami należało jechać stępa; przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego wydostał się na Mokotowskie pola.
Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie, przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo niepewności. Zdaleka przed sobą widział długi sznur ludzi, uszykowanych w półkole, które ciągle zwiększało się dopływającemi gromadami.

Bolesław Prus, Lalka, 1896

 

Opanował go pesymizm. Kobiety wydawały mu się brzydkiemi, ich barwne stroje dzikiemi, ich kokieterya wstrętną. Mężczyźni byli głupi, tłum ordynaryjny, muzyka wrzaskliwa. Wchodząc na galeryą, śmiał się z jej skrzypiących schodów i starych ścian, na których było widać ślady deszczowych zacieków. Znajomi kłaniali mu się, kobiety uśmiechały się do niego, tu i owdzie szeptano: „patrz! patrz!...“ Ale on nie uważał. Stanął na najwyższej ławie galeryi i, ponad pstrym a huczącym tłumem, patrzył przez lornetę na drogę, aż het! pod rogatkę, widząc tylko kłęby żółtego kurzu.
 „Co te galerye robią przez cały rok?“ — myślał. — I przywidziało mu się, że na pruchniejących ławach zasiadają tu, co noc, wszyscy zmarli bankruci, pokutujące kokoty, wszelkiego stanu próżniacy i utracyusze, których wypędzono nawet z piekła, i przy smutnym blasku gwiazd, przypatrują się wyścigom szkieletów koni, które poginęły na tym torze. Zdawało mu się, że nawet w tej chwili, widzi przed sobą zbutwiałe stroje i czuje zapach stęchlizny.
Zbudził go okrzyk tłumu, dzwonek i brawo... To odbył się pierwszy wyścig. Nagle spojrzał na tor i zobaczył wjeżdżający do szranków powóz hrabiny. Siedziały hrabina z prezesową, a na przodzie pan Łęcki z córką.
Wokulski sam nie wiedział kiedy zbiegł z galeryi i kiedy wszedł do koła. Kogoś potrącił, ktoś pytał go o bilet... Pędził prosto przed siebie i odrazu wpadł na powóz. Lokaj hrabiny ukłonił mu się z kozła, a pan Łęcki zawołał:
 — Otóż i pan Wokulski...
Wokulski przywitał się z paniami, przyczem prezesowa znacząco ścisnęła go za rękę, a pan Łęcki spytał:
— Czy naprawdę kupiłeś, panie Stanisławie, klacz Krzeszowskiego?
— Tak jest.
— No, wiesz co, żeś mu spłatał figla, a mojej córce zrobiłeś miłą niespodziankę...
Panna Izabela zwróciła się do niego z uśmiechem.
— Założyłam się z ciocią — rzekła — że baron nie utrzyma swojej klaczy do wyścigów i wygrałam, a drugi raz założyłam się z panią prezesową, że klacz wygra...
Wokulski okrążył powóz i zbliżył się do panny Izabeli, która mówiła dalej:
— Naprawdę, to przyjechałyśmy tylko na ten wyścig: pani prezesowa i ja. Bo ciocia udaje, że gniewa się na wyścigi... Ach, panie, pan musi wygrać...
— Jeżeli pani zechce, wygram — odparł Wokulski, patrząc na nią ze zdumieniem... Nigdy nie wydała mu się tak piękną, jak teraz, w wybuchu niecierpliwości. Nigdy też nie marzył, ażeby rozmawiała z nim tak łaskawie.
Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum, galerye, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia.

Bolesław Prus, Lalka, 1890

 

Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung, z miną człowieka, który się nudzi.
— Spraw się dobrze, ty śliczna!... — zawołała panna Izabela.

Bolesław Prus, Lalka, 1890

 

 

Z rozmowy pensjonarek w powieści Tomasza Teodora Jeża wynika, z kolei, że nie tylko panie w różnym wieku uczestniczyły w wyścigach (gdzie indziej opisywanych jako typowo męska rozrywka), ale że był to ważny punkt w kalendarzu towarzyskim:

Przy obiedzie i wieczerzy Frania i Mania wytaczały rzecz o wyścigach. Powtarzały, co w szkole słyszały. Panienki nie rozprawiały o czem innem. Odczuwać się to dawało na lekcyach i zadaniach. Fruzia Rotenówna, uczennica jedna z lepszych, przyszła do klasy z nieumianą lekcyą i z nieodrobionem zadaniem, przed nauczycielem tłómaczyła się bólem głowy; koleżankom opowiadała, że się na wyścigi wybiera.
— I do szkoły nie przyjdzie? — zapytała panna Teresa.
— Nie przyjdzie ona nie jedna — odpowiedziała Frania.
— Dostały chyba od dyrektora pozwolenie?
— Gdzieżtam!
— Więc jakże?
— Chorobą się wymówią.

T.T.Jeż, Sama, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1894

 

Warszawskie wyścigi wspominała również Maria Małgorzata Potocka:

W Warszawie na wiosnę, w tzw. zielonym karnawale, bawiłam się świetnie. I znowu pamiętam bal kostiumowy albo raczej „krakowskie wesele” w Jabłonnie w ślicznym otoczeniu i niebywałej gościnności Gucia i Żeńci Potockich. Dzień w dzień gdzieś się tańczyło i oczywiście do białego rana. Po śniadaniu – wyścigi na Mokotowie, gdzie się całe towarzystwo zbierało; Maryla i Andzia Lubomirskie też tam były i czuło się wtedy naprawdę la joie de vivre i beztroską wesołość, której dzisiejsza młodzież niestety tak mało zaznaje.

Maria Małgorzata z Radziwiłłów Potocka, Z moich wspomnień, Łomianki 2010