Jedną z popularnych form dobroczynności były tak zwane bazary dobroczynne, inaczej wenty. Odbywały się one z reguły przed Bożym Narodzeniem, a w ich organizacji uczestniczyły damy z najwyższych sfer towarzyskich.

Na bazarach znajdowały się stoiska różnych sklepów i cukierni, niektóre damy także miały swoje, na których sprzedawały wyroby własnych rąk albo darowane przedmioty. Ceny nie były niskie, a dochody przekazywano wybranym instytucjom dobroczynnym. Były to istotne wydarzenia towarzyskie, opisywane potem przez różne gazety i czasopisma.

 

Urządzenie bazaru przez Towarzystwo Dobroczynności, w celu zasilania szczupłych a raczej niewystarczających funduszów na ratunek biedy i nędzy warszawskiej ludności, powiodło się jak najwyborniej. Wprawdzie na przeciwnikach wszelkich zabaw na cele dobroczynne nigdy nie brakuje, więc i tu znaleźli się niechętni myśli tej nowej, dowodząc, że gdyby sprzedające panie, kupujący i dostarczający towar kupcy złożyli dobrowolnie wszystkie przez siebie dla bazaru poniesione wydatki, toby biedni lepiej na tem wyszli. Być może, ale nie zapominajmy, że zabawa dla ludzi jest koniecznością, niezbędnym warunkiem do krzepienia sił w pracy obowiązkowej: że sam odpoczynek jakkolwiek wzmacnianie zadowolni umysłu równie domagającego sie wytchnienia. Zabawa stanowi owo tak upragnione wytchnienie, jeżeli więc połączymy z nią i korzyść biednych, nie może być w tem nic zdrożnego.

 Pogadanka, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1872

 

Trzydzieści i pięć sklepów przybranych w różnobarwne festony, żarzące się świece i gazowe żyrandole, gustowne toalety dom, gwar, tłum, i muzyka Sonnenfelda, kazały chwilowo zapomnieć iż żyjemy życiem powszedniem, a umysł przenosił się w jakieś krainy czarodziejskiego uroku. Do wspanialszych sklepów zaliczyć można namiot p. Juljana Penkali, zdobny w ciężkie portjery, zastawiony mnóstwem towarów łokciowych, futer i gotowych kostiumów. Następnie namiot p. Brunera gdzie pośród tysiąca bronzów świeciły jak gwiazdy dawnego przemysłu, owe stare porcelany Saskie, dziś należące do prawdziwych osobliwości. Namiot pana Knoll'a łączył w sobie sprzęty zbytku i prawdziwej potrzeby. Wiemy iż zaraz dnia następnego pomieniony sklep, zmuszony był w nowy zasób towarów zaopatrzyć się. Dalej sklepy pp. Sommera z perfumami wystawionemi w ozdobnej szafie, w której tenże fabrykant, produkował swe wyroby, na ostatniej wystawie przemysłowej w Petersburgu, narożny Bednawskiego, Genelego z dywanami i bronią myśliwską. Bardzo zdobiły tenże sklep trofea umiejętnie porozwieszane. Rzepczyńskiego nęcący mnóstwem przysmaków, nakoniec bufet Loursa tak często i ochoczo odwiedzany, a tak szczerze podejmujący przez skrzętną gosposię, która nigdy nieodmawia swej pracy, kiedy idzie o pomoc cierpiących współbraci. Między odnaczającemi się sklepami, wyróżnił się jeszcze namiot hrabiny Rembielińskiej, własnym jej kosztem wystawiony, a który sam przez się zasługiwał na miano „Bazaru" dla różnorodnego towaru zakupionego przez samą Hrabinę, jak niemniej z dobrowolnych ofiar, i tak: Bracia Lesser nadesłali Towarzystwu Dobroczynności zabawek za rs. 150 magazyn p. Skoczyńskiego i Drewsa (dawniej Arnholda) dwa bizantyńskie kandelabry, i nader piękny świecznik. P. Łapiński właściciel piekarni, nadesłał pieczywa przeszło za rs 30. Nadmienić to musimy, iż te przysmaki rozerwano jednej chwili.

 Bazar, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1872

 

Podajemy tu alfabetyczne ułożone nazwiska Dam i tak panna Andrault, baronowa Buturlin p. Bojarska z córkami, p. Marja Bersohn, pani Franciszka Beneveni, z hr. Tyszkiewiczów Chodyńska, pani Helena Chłapowska, p. Ksawerowa Czermińska, p. Czaplicka, kasztelanka Dębowska, Mieczysławowa Epstein, p. Epstein Teressa, pani Elenef, p. Garbińska, Jenerałowa Hertzfeld, Senatorowa Hoffmann z córką. p. Józefa Hermann p. Jełowicka z córką, Baronowa Korff z córką i synową, hr. z Lavalów Kossakowska, hr. z Chodkiewiczów Kossakowska, hr. Karolowa Krasińska, hr. Adamowa Krasińska, Jenerałowa Kryloff, p. Marja Krysińska, hr. Krukowiecka z córką, p. Bronisława Kuksz, p. Walerja Kłodnicka, p. Kurczyńska z córką, p. Gabryela Karska, p. Antonina Kremky, p. Jadwiga Kraushaar, p. Komierowska, Jenerałowa Lachnicka, z hr. Zamojskich księż. Tadeuszowa Lubomirska, Stefanja z hr. Illińskich Laska, p. Luceńska z córką, Izabella Lauber, p. Marja Lochman, Stefanja Leo, hr. Jadwiga Łubieńska, hr. Zdzisławowa Łubieńska, Jenerałowa Meller Zakomelska, pani Miączyńska, hrabina Mikorska, pani Mansfield, hrabina Hortensja Małachowska, Baranowa Medem, Józefa Minasowiczowa, pani Mitkiewiczowa, półkownikowa Madalińska, hr. Stanisławowa Ostrowska, p. Ostrowska, Hrabianka Natalja Potocka, hr. Stefanja Platerowa, hr. Marja Platerowa, hr. Zygmuntowa Plater, hr. Ludwikowa Plater, p. Ludwika Preiss, pani Stefanja Pawłowska, p. Paprocka, Pelagja z hr. Zamojskich Rembielińska, Jenerałowa Rozwadowska, p. Rosen, p. Melanja Rawiczowa, p. Rozenzweig, p. Rabczewska, Jenerałowa Sobolew z córkami, Kornelja Skarżyńska, p. Skarżyńska z córką, p. Natalja Sokołowska, pani Sarnecka, księż. Eliza Teniszew, hr. Iza Tyszkiewicz, hr. Marja Wodzyńska, p. Marja Wielogłowska, p. Helena Wojniłowiczowa, Wanda Weisenhoff, p. Halina Wołoszewska, p. Wojewódzka, Marja, z hr. Potockich Ordynatowa Zamojska, p. Aniela Zielińska z córka i panną Zucini.

 Bazar, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1872

 

Po odtrąceniu wydatków jakie z urządzenia Bazaru wynikły, a które wynosiły rs. 692 k. 54 i pół czysty dochód dla Towarzystwa Dobroczynności przypadł na rs. 6079 k. 86 i pół.

 Bazar, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1872

 

Wkrótce staraniem Towarzystwa Dobroczynności urządzonym zostanie Bazar, czyli sprzedaż najrozmaitszych przedmiotów, a od każdej rzeczy sprzedanej cząstka jej wartości odejdzie na korzyść ubogich. W sklepach Bazaru nie tylko kupcy zasiądą, ale osoby dobroczynne mogące czasem swoim rozrządzać, chętnie zastępować ich będą; może nie jedno z was spotka tam matkę, ciotkę, siostrzyczkę lub znajomą swoją, i z przyjemnością zobaczy ją przy świetle kandelabrów, przy odgłosie muzyki przedającą nie tylko kosztowne materje lub koronki, lecz książki, herbatę, cukier, ciepłe trzewiki i kapturki.
Dla dzieci będą osobne sklepy, w których znajdzie się wszystko co tylko podobać się może młodemu wiekowi; rzeczy najozdobniejsze i najskromniejsze, kosztowne i jak najtańsze, bo nie tylko sklepy i magazyny ich dostarczą; wy same dziatki złożycie je po większej części. Nie ma z was żadnego, któreby coś dać lub od rodziców uprosić nie mogło; dawajcie więc, zbierajcie między znajomemi: „ziarnko do ziarnka zbierze się miarka."

 Do dzieci, w: „Kurier Warszawski”, 1874

 

W ciągu dni poprzedzających święta Bożego Narodzenia w salach redutowych odbyła się dobroczynna zabawa zwana „bazarem”, a polegająca na sprzedawaniu i kupowaniu rozmaitych drobiazgów, nade wszystko zaś na oglądaniu kupujących i sprzedających. Gorąco, ścisk, jeden przypadek zemdlenia, parę kradzieży, strat (między innymi zguba obcasa od damskiego trzewiczka) – oto wszystko, co powiedzieć można o bazarze, którego najpiękniejszą ozdobą były „żywe kwiaty”, a także około 6000 rs czystego zysku dla ubogich. Kupowano wprawdzie niewiele, ale za to jak płacono!...

 Bolesław Prus, Sprawy bieżące, w: “Niwa”, 1875

 

Doroczne niegdyś wenty miłosierne w pałacu hr. Działyńskich zapoznawały nas z pięknemi okazami trudu i artystycznego zmysłu córek tego domu. Malowidła hr. Grudzińskiej na aksamicie i jedwabnych materyach, ogólny budziły zawsze podziw; siostra jej, Anna hr. Potocka, przeniosła dziś do Galicyi przykład niezmordowanej działalności, a widok ubóztwa tamecznego ludu poddał jej zacną myśl rozbudzenia nowego przemysłu wśród wieśniaczych prostaczków, nauczaniem ich koronczarstwa i rzeźbiarstwa. Hr. Potocka, nie zmarnowawszy talentów od Boga sobie danych, zbiera już owoce swych trudów i nieraz wśród swych uczniów spotyka pierwszorzędne zdolności. Nietylko przemysł, ale i sztuka rozwija się śladem podobnych zabiegów, nietylko materyalnie kraj się podnosi, ale i moralny poziom jego wzrasta.

 Korespondencya zagraniczna (Poznań), w: „Bluszcz”, 1882

 

Na dochód Zakładu św. Teresy urządziła księżna Leonowa Sapieżyna, podobnie jak innych lat, sprzedaż podarunków „Na gwiazdkę”. Bazar ten, sprzedaż czy wenta, jak rozmaicie nazywano, otwarty był przez dni cztery przed świętami Bożego Narodzenia, a przedmioty przeznaczone na sprzedaż zakupiono po większej części od kupców z rabatem, który stanowił zysk bazaru, pozostający na cel dobroczynny. Bazar tegoroczny odróżniał się ten od dawniejszych, iż znajdowało się w nim najwięcej rzeczy wyrobu krajowego. I tak bardzo wiele rzeźb z szkoły rzeźbiarstwa w Rymanowie, jako to najrozmaitszego rodzaju ramy, i inne ozdobne wyroby, odznaczające się artystycznym smakiem i czystością wykonania; koronki i tym podobne roboty kobiece ręczne z zakładów w Wiązownicy i innych krajowych szkół tego rodzaju. Były dalej w Bazarze piękne albumy, książki, globusy, rozmaite przybory do pisania i do toalety, do zastawy stołów, wreszcie wielki zbiór zabawek dziecinnych, owego najpokupniejszego w porze „Gwiazdki” przedmiotu. Obok Bazaru urządzony był sposobem lat dawniejszych bufet, gdzie dostawało się wykwintne za guldena śniadanie, do którego uprzejme gospodynie Bazaru dostarczały bezpłatnie półmisków z własnej kuchni. Dochód z tej wenty przynosi corocznie przeszło tysiąc guldenów; jakoż i w tym roku mniej więcej tażsama okazała się kwota przychodu. Najwięcej zysku przynosi zawsze bufet, z przyczyny, że dostarczone doń wiktuały nic nie kosztują, podczas gdy za towary wzięte od kupców płacić potrzeba. Rzeźby Rymanowskie rozkupiono wszystkie. Mniej szczęśliwie poszło z koronkami i rzecz naturalna, bo w kołach uboższych stosunkowo mało kto ich używa, a wielkie panie nie kupują koronek krajowych, lecz bruxelskie. Wyrób ten zczasem dopiero u nas coraz bardziej rozpowszechniać się będzie.

 Władysław Zawadzki, Korrespondencya zagraniczna (Lwów), w: „Bluszcz”, 1882

 

Wracając do czeskiej primadonny, notujemy, iż wzięła udział w bazarze na dobroczynność, a że się ogólną cieszy sympatyą, nie dziw, że dla biednych niemało przybyło grosza. Wogóle bazar dość był ożywiony. W ciągu trzech dni zwiedziło go około 5,000 osób, a czysty zysk, przeznaczony na cele dobroczynne wynosi półtora tysiąca rubli. Sama ta kwota niewielka, lecz ziarnko do ziarnka, uzbiera się miarka. Nie możemy bynajmniej narzekać na ospałość w tym względzie. Pamiętają u nas o biednych i gdzie można gromadzą się mniejsze lub większe kwoty dla nich. Nie możemy tu przemilczyć o Teatrzyku Dobroczynności, który w tym względzie wielką oddaje usługę, a większą jeszcze oddać mógłby przy gorliwszem poparciu ze strony publiczności. Teatr łączy tu piękne, przyjemne z pożytecznem. Pod kierownictwem energicznego, a bardzo uzdolnionego literata p. M . Gawalewicza, rozwija się pod względem artystycznym nader pomyślnie.

Pogadanka, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1882

 

W chwili, gdy to czytać będziecie, Kiermasz urządzony przez Towarzystwo dobroczynności na powiększenie szczupłych swych dochodów, należeć już będzie do bezpowrotnej przeszłości. Witaliśmy go z wielką ciekawością, pożegnali z żalem, bo godnie spełniwszy przyjęte dobrowolnie obowiązki, zasłużył na to uznanie.
Warszawa przez krótki, dziewięciodniowy jego żywot, nim wyłącznie zajęta, o nim tylko prawie mówiąca i czytająca sążniste we wszystkich Kuryerach sprawozdania, tak licznemi tłumami napływała w jego podwoje, że musiano wstrzymywać sprzedaż biletów, aby przepełnienie jakiego nieszczęścia nie stało się powodem.
Pomysł wyborny i wybornie wykonany został, za co komitetowi należy się publiczna podzięka. Trud, kłopoty i troskliwe zebranie licznego grona amatorów, jakich udział był niezbędny w spełnianiu codziennie układanych programów, sowicie się opłacił. Warszawa zabawiła się, rzemieślnicy użyci do przeróbki cyrku zarobili, a ubodzy zyskali niemało grosza, o jaki coraz trudniej naszemu Towarzystwu dobroczynności.

Z pod naszej strzechy, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1885

 

Jestem kupcem, mam żonę i dzieci, brata i paru znajomych. W zwykłych czasach dzieje nam się nie najgorzej: jeżeli bowiem nie posiadamy dostatków, cieszymy się przynajmniej nadzieją i nawet pomagamy ludziom uboższym. Od czasu jednak kiedy na miasto spadła epidemia kiermaszowa, uginamy się pod brzemieniem klęsk co dzień sroższych.

 

Przed dwoma tygodniami wpada do sklepu moja ukochana żoneczka i mówi z pośpiechem:
- Proszę cię, Franiu, daj mi zaraz kilkaset rubli.
Szeroko otworzyłem oczy.
- Na co ci?... Wszakże ja mam weksle płacić…
- Co tam weksle – odpowiada żona. – Ja mam mieć sklep i potrzebuję kilkaset rubli.
- Sklep już masz kochanie, to jest, mamy go oboje.
- Co mi po takim sklepie! Ja muszę mieć sklep na kiermaszu… No, nie marudź.

 

Bolesław Prus, Kronika tygodniowa w: „Kurier Warszawski”, 1886

 

Z powodu braku miejsca, zabawa zwana Kiermaszem, urządzona w roku zeszłym przez Towarzystwo dobroczynności w cyrku, zajętym obecnie przez trupę pana Schumana, przeniesioną ostała pod tytułem Gwiazdki do Sali Resursy obywatelskiej.
Powodzenie jej było dość pomyślne, instytucya niemało zarobiła grosza, urządzającym ją za zabiegi, starania i poniesione trudy należy się wielkie uznanie.
Zabawa poświęcona głównie przedświątecznym sprawunkom, była jednak urozmaicona różnemi dodatkami, pomiędzy któremi należy pierwsze miejscu orkiestrze pana Lewandowskiego i chórom Towarzystwa muzycznego. Wieczorem między godz. 5 a 7, przedstawiał pan Baranowski amator sztuki magiczne, znikanie kobiety, pan Zawadzki odgrywał monologi, publiczność tłoczyła się gwarnie, śmiała się, oklaskiwała, ale mniej kupowała jak lat zeszłych, żaląc się na ciężkie czasy.

Wiadomości z pod naszej strzechy i z obczyzny, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1887

 

Gwiazdka, która, mając sobie tego roku zagrodzony wstęp do sal ratuszowych, odbędzie się w salonach resursy Obywatelskiej, już się organizuje.

Na odbytem w tym celu posiedzeniu w Towarzystwie dobroczynności wybrano komitet gwiazdkowy, z osób wpływowych złożony, a pod prezydencyą p. F. Górskiego zostający, który zajmie się obmyśleniem sposobów urozmaicenia Gwiazdki tak, aby ponęta nowości przychodziła w pomoc uczuciom filantropijnym. Zadanie to zaprawdę niełatwe; od czasu bowiem jak dawny, stereotypowy „Bazar," który się odbywał zwykle w salach Redutowych, urozmaicać poczęto, wyczerpano już prawie wszystkie środki zaciekawiania i ściągania publiczności. Gwiazdkowe widowiska odbywały się nawet w cyrku (przy ulicy Ordynackiej), który naturalnie stanowił daleko obszerniejszy i podatniejszy do urządzenia czegoś niezwykłego teren, aniżeli sale resursowe. Tem większa też będzie zasługa komitetu, jeśli się z poruczonego sobie zadania z powodzeniem wywiąże.

G. Cz., Z chwili bieżącej, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1891

 

Zabawa gwiazdkowa na rzecz ubogich rozpoczęła się w ubiegły Czwartek w resursie Obywatelskiej, Połączono ją z kiermaszem dorocznym, na który złożyły się postrojone efektownie sklepy. Sprzedaż prowadzą piękne i dobre panie, jak lat poprzednich. Zabawa polega na popisach artystycznych, muzyce, deklamacyi i magii, w połączeniu z prestidigitatorstwem — a trwać będzie do Niedzieli włącznie.

G. Cz., Z chwili bieżącej, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

W Warszawie i większych miastach kraju urządzane bywają z powodu świąt Bożego Narodzenia bazary i jarmarki dobroczynne, na których kupcowe z towarzystwa posiadają własne sklepy, albo też zasiadają w sklepach kupców, ustępujących pewien rabat na cele dobroczynne.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Mieczysław Rościszewski miał także szczegółowe rady dla pań zamierzających uczestniczyć w podobnych imprezach:

Pod hasłem pomocy ubogim tysiące okazyi do karotowania znajomych. Otóż „jarmarki” gwiazdkowe, otóż sprzedaże w sklepach, ustępujących rabat dla biednych, otóż prośba wreszcie o urządzenie własnego sklepu z tym lub owym towarem. Nie odrzucajcie panie tej prośby – przyjdziemy wam z pomocą.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Dobrze jest przedtem porozumieć się z innemi paniami, zaproszonemi do wenty, ażeby w wyborze towaru zachować pewną odrębność osobistą. Na towar ten powinny się składać całe stosy drobiazgów, jako to: poduszki haftowane, saszety z zapachami, parawaniki i ekrany, ramki do fotografii z materii starożytnej, okładki do książek, chusteczki ażurowe, wstawki, gwiazdki, patarafki, wachlarze, abażury ze słomek i z bibułki i t. p. trzeba się posiłkować w tej mierze robótkami przyjaciółek, znajomych, kuzynek, które lat zeszłych postępowały tak samo. Wszakże ani zabiegi własne ani ofiarność znajomych nie wystarczą zapewne i wypadnie uzupełnić zasób przedmiotami kupionymi. Otóż nie trzeba kupować rzeczy kosztownych, gdyż na wentach sprzedaż służy jedynie za pretekst ofiarności. W każdym razie towar musi być w dobrym gatunku. Jakiś flakonik dobrych, bodaj nawet drogich perfum sprawi przyjemność nabywcy o wiele większą, aniżeli wtedy, gdyby mu wypadło nabyć rzecz bezużyteczną i w złym guście.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Równym taktem powodować się należy przy wybieraniu osób, do których posyła się następujące zawiadomienie na białym brystolu:
Z Chłopickich Zdzisławowa Bożewska posiada sklep własny w Samach Redutowych od 8 do 10 Grudnia 1903 r. Sprzedaje osobiście od 4 do 8 wieczór.
Dopisek własnoręczny: Szczęśliwą będzie z odwiedzin W. P.; najdrobniejszą ofiarę przyjmie z wdzięcznością.

Z odezwą taką należy się zwrócić do wszystkich przyjaciółek, które nas samych zobowiązały do kontrybucyi w roku zeszłym, tudzież do osób, które były u nas na obiedzie, wieczorze, balu, w końcu do kawalerów, którzy skwitują się w ten sposób z zaproszeń, jakich wzajemnie udzielić nie mogą.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Do takiej sprzedaży trzeba się ubrać bardzo elegancko; najczęściej kupcowa zostaje w kapeluszu i w rękawiczkach.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Jeżeli targ okaże się zbyt szczupły, to należy go uzupełnić z własnych funduszów; jest to obowiązek, nad którym dobrze jest się zastanowić, zanim się przyjmie godność kupcowej.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

W 1885 na cele dobroczynne urządzono wielki kiermasz z licznymi atrakcjami (co nadało ton tym imprezom na przyszłość), z którego „Kurier Warszawski” zamieszczał codzienne sprawozdania:

Pierwszy dzień kiermaszu.
Opieszałość, nasza wada warszawska, musiała się ujawnić i przy urządzeniu kiermaszu.
Godzina trzecia po południu, komitet w całym komplecie, zaproszone damy również przybywają, a połowa sklepów jeszcze nie jest urządzoną.
Hr. Walewski, który a tous prix postanowił kiermasz w oznaczonej porze otworzyć, polecił pomimo wielu braków zagrać orkiestrze marsza i... podwoje halli kiermaszowej dla publiczności zostały otwarte.
O tem, jak się przedstawia całość widowni, pisze nasz fejletonista, w niniejszej więc wzmiance ograniczamy się na podaniu luźnych notatek z pierwszego dnia kiermaszu.
Zachowujemy porządek chronologiczny.
Pierwsi odwiedzający stanowią istotnie śmietankę towarzystwa.
Pełno ekwipaży stoi przed gmachem.
Damy, pełniące honorowo obowiązki kupcowych, spodziewają się znacznego targu.
Nadzieje ich jednak zostały zawiedzione.
Ten i ów kupi jakąś bagatelkę, podaje rubelka i szybko odchodzi.
Obszedłszy w ten sposób kilka sklepów, pozostałych starannie unika.
W ogóle z samego początku, na piętrzę zwiedzający tylko przechodzą, na parterze zaś dłużej się zatrzymują.
Tu już są sami kupcy, nie ma więc obawy wydatkowania kilku rubli na dobroczynność, kupuje się to, co istotnie potrzeba i za cenę handlową.
Umyślnie zaznaczamy ten fałszywy wstyd, bo i na górze można zapłacić tyle, ile się istotnie należy, a i tak przyczynia się funduszu biednym, ponieważ kupcy ofiarują Towarzystwu dobroczynności 15% od sprzedaży, a w sklepach własnych pań: hr. Walewskiej, prezesowej Nowodworskiej i ordynatowej Krasińskiej wszystkie przedmioty sprzedają się wyłącznie na rzecz Towarzystwa, oznaczone zaś na towarach ceny są nawet niższe od zwykłych cen handlowych.
Niech się więc nikt nie obawia jakiegoś wyzysku filantropijnego i płaci tyle, ile się istotnie należy, a otrzymując przedmiot, zyska jeszcze w dodatku uprzejme podziękowanie „damy-kupcowej".
Około godziny 5-ej ruch w arenie znacznie się powiększył.
Przy sklepach, zwłaszcza niektórych, widzieliśmy sporo kupujących.
Głównie pierniki J. Wróblewskiego miały odbyt, jako produkt niezbędny na zbliżające się święta.
Następnie wyciąganie na chybił trafił przedmiotów z ogromnego kosza w sklepie hr. Walewskiej miało wielu amatorów.
Nie jest to loterja, a jednak sama forma ciągnienia zachęciła wiele osób.
Panie Marczewska i Horodyńska sporo utargowały za bukiety.
O godzinie 6 ej dano znak dzwonkiem i podniosła się zasłona, a na zaimprowizowanej scenie odśpiewała „Dobranoc" Küchena i „O matko moja" Moniuszki panna Rakiewiczówna.
Drugi numer, również wokalny, wykonała panna Pleszczyńska.
Obie amatorki oklaskiwano.
Magja pana Dutkiewicza, a szczególniej przedstawienie szeregu typów charakterystycznych, zajęło licznych widzów.
Zakończyły serję wczorajszej zabawy dwa żywe obrazy, układu p. M. Olszyńskiego: „Sen dziewicy" i „Pożar stepu".
Orkiestry, jedna na górze, druga na parterze, grały ciągle na przemiany.
O godzinie 9-ej wieczorem ruch publiczności zaczął słabnąć.
Jak nas poinformowano, zwiedziło wczoraj kiermasz około 800 osób, tyle bowiem sprzedano biletów.
Światło elektryczne, z powodu pewnych niedokładności, dziś dopiero zacznie funkcjonować.
Dziś cena zniżona do 20 kop. od osoby i za to będą śpiewy, deklamacja, teatr amatorski, wreszcie pokażą się na arenie... cyganki.
Można więc liczyć na tłumy zwiedzających.

 

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Drugi dzień kiermaszu.
Wczorajszy dzień stwierdził znowu pewnik, że dać Warszawie coś nowego, umiejętnie zabawę urozmaicić, a powodzenie jest niezawodne.
Niedziela, względna pogoda zimowa, niska opłata wejścia sprawiły, że tłumy publiczności pośpieszyły odwiedzić halle kiermaszową i od godz. 2-ej po południu do 9-ej wieczorem w trzech kasach sprzedano przeszło 7000 biletów.
Członkowie Towarzystwa dobroczynności, pełniący obowiązki kasjerów, chwilami nie mogli sobie dać rady, a był taki moment, iż z powodu napływu publiczności musiano powstrzymać przy wejściu tych, którzy już mieli bilety.
Program zabawy, oprócz pochodu japońskiego (nie wykończono na termin kostjumów), został w całości wykonany między godz. 5-ą a 7 ą.
Na odgłos dzwonka, zapowiadającego podniesienie zasłony, cała arena i wszystkie galerje szczelnie zostały zapełnione.
Chór męski Towarzystwa muzycznego pod dyrekcją p. Z. Noskowskiego wykonał pieśń weselną Rejnbergera, a następnie pieśń Moniuszki na głosy żeńskie.
O powodzeniu teatru amatorskiego zupełnie wątpiliśmy.
Jak tu grać przed tłoczącą się publicznością, podczas szmeru, a nawet gwaru paru tysięcy osób?
Postanowiono jednak rozpocząć, a w razie hałasu zaraz spuścić zasłonę.
Tymczasem nad wszelkie spodziewanie nastąpiła cisza i wesołej farsowatej komedyjki „Zaślubiny z przeszkodami" wysłuchano z zajęciem, darząc sutym oklaskiem amatorki i amatorów.
Jeżeli na górze podczas teatru przejście było niepodobne, to na dole przy lustrzanej szatrze cygańskiej tłoczono się, jak przy kasie teatralnej na zajmującą premjerę!
Cztery młode osoby w kostjumach cygańskich zajęły miejsce przy stolikach, kładąc kabałę i wróżąc z kart za umiarkowaną opłatą.
Wróżba kosztowała 10, a kabała 30 kop.
Zaimprowizowane cyganki były z początku oszołomione, z czasem jednak nabrały śmiałości.
— Odbierzesz pan list z dobrą wiadomością,
— Wygrasz na loterji znaczną sumę.
— Ożenisz się bogato.
— Zamiary twoje przyjdą do skutku.
Oto mniej więcej wróżby stereotypowe, które sybille kiermaszowe wygłaszały licznym amatorom.
W ogóle przepowiadano same przyjemne rzeczy, aby nikogo nie zmartwić...
Dowcipnych przepowiedni i aluzyjnych zwrotów wcale nie było.
Może na dzisiaj „cyganki" bardziej się ożywią, a to intermezzo zabawy kiermaszowej będzie stanowiło istotnie siłę przyciągającą.
Pojawienie się listonosza w najdokładniejszym kostjumie dodało również humoru.
Wiele osób sądziło, że naprawdę poszukiwano ich z pilnym listem aż na kiermaszu.
Improwizowany listonosz, którym był prestidigitator Faustini, wywiązał się ze swojego zadania bardzo dobrze.
Był w miarę natarczywym, grzecznie dowcipnym, a do puszki za rzekome listy z aforyzmami zebrał sporą sumkę.
Wszystkie te urozmaicenia o ile ożywiały samą zabawę, o tyle musiały ujemnie wpłynąć na ruch w sklepach i kupujących było wczoraj niewielu.
Damy-kupcowe siedziały w swoich namiotach jak uwięzione i dopiero na godzinę przed zamknięciem kiermaszu zaczął się słaby targ w sklepach.
Drobna galanterja, papier, pierniki były chętnie kupowane, przedmioty większe lub droższe, np. klejnoty, zegary i zegarki kieszonkowe nie znajdowały amatorów.
Światło elektryczne funkcjonowało doskonale, a porządek pomimo takiego natłoku nigdzie nie został zakłócony.
O kilku kradzieżach (w tłoku bez złodziei nigdy się nie obejdzie) podajemy pod właściwą rubryką.
Dziś program zabawy również jest urozmaicony.
Oprócz śpiewu chóralnego, deklamacji i produkcyj magicznych, odegraną zostanie przez amatorów „Pomyłka".
Pochód japoński dziś niezawodnie przyjdzie do skutku, kostjumy bowiem są już gotowe.
Cyganki wreszcie przygotowały znaczny zapas dowcipu, tak nas przynajmniej zapewniał dyrektor zabaw, p. Erenfeucht.
Zobaczymy!

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Trzeci dzień kiermaszu.
Dobry pomysł hr. Walewskiego: zamiany monotonnego bazaru na urozmaicony kiermasz, stanowczo się udał.
Jeżeli onegdaj zwiedziło halle kilka tysięcy osób, można to było przypisać niedzieli.
Ale i wczoraj, przy poniedziałku, napływ publiczności nie o wiele był mniejszy.
Szczególniej tłumy przybywały w godzinach między 5 a 7-mą, to jest w porze rozmaitych widowisk.
Za 20 kop. usłyszeć śpiew, zabawić się przedstawieniem scenicznem, magją, w reszcie zobaczyć pantomimę japońską, toż to taniość, mówiąc językiem kupców: „wyprzedaży niżej kosztu."
Program widowisk był wczoraj w zupełności wykonany i w oznaczonym terminie, stosując się do rozporządzenia prezesa dyrekcji teatrów, który życzył sobie, aby po godzinie 7-ej zasłona scenki więcej się nie podnosiła.
A więc pan R., amator, obdarzony przyjemnem „tenorinem", śpiewał arję ze „Strasznego Dworu."
Następnie panie Święcicka i Trapszówna oraz p. Bukaty odegrali dowcipną „Pomyłkę", której początkowo towarzyszył szum fontanny.
Dalej p. Faustyni-Dutkiewicz oświadczył, że przedstawi szereg typów charakterystycznych ze „zmiennym programem", a kto nie wierzy, że on nie używa żadnej zewnętrznej charakteryzacji, tylko gra muskułami twarzy, może „prowadzić kontrolę".
Istotnie, typy p. Faustyniego lepsze są, aniżeli jego wymowa.
Prowincjonalista papa, z gapiowatym synkiem na kiermaszu, sentymentalna panna, a nadewszystko przekupka ze Starego Miasta pijąca kawę, były oklaskiwane i publiczność śmiała się do rozpuku.
Nareszcie zbliża się upragniona chwila pantomimy japońskiej.
Cala arena i wszystkie galerje napełniły się szczelnie publicznością, z wyjątkiem najwyższej galerji, na której odegra się pantomina.
Korzystając z przywileju reporterskiego, dzięki któremu musimy być jak ów Figaro çi, Figaro la, znaleźliśmy się na scenie, napełnionej tłumem japończyków i pięknych japonek.
Spora ta gromadka, złożona z 50-iu osób, odbiera instrukcje od pp. Ładnowskiego i Strzałeckiego, którzy są autorami pantominy i zarazem jej reżyserami.
— Niech pan nie zapomina być majestatycznym, jak na wysokiego dygnitarza japońskiego przystało, odbiera przypomnienie olbrzymiego wzrostu młodzieniec.
— Pani zaś niech będzie wdzięcznie uśmiechnięta a o trenie proszę pamiętać.
— Wąsy słabo się trzymają, woła jakiś mały japończyk.
— Parasol mój niechce się wcale otworzyć...
— Ostrożnie z jataganem, pamiętaj pan, że to z papieru...
Takie i tym podobno głosy krzyżują się między tą rzeszą warszawskich japończyków.
Nareszcie zabrzmiał ostatni dzwonek i z obu kulis, przedstawiających z możliwą dokładnością domy japońskie, wychodzi szereg japończyków.
Spieszymy do areny, aby z dołu przypatrzeć się pantominie.
Treść jej da się opowiedzieć w kilku słowach.
Młody japończyk i urocza japonka (szykowna warszawianka) mają się połączyć węzłem małżeńskim.
Rodzice młodej pary radzą nad tem, aby ceremonja ślubna odbyła się jaknajuroczyściej.
Czynią się więc rozmaite przygotowania, aż nareszcie ukazuje się ceremonjalny pochód.
Z jednej strony orszak pana młodego, z drugiej panny młodej.
Palankiny, wózki, olbrzymie lampiony, wszystko to urozmaica pochód, któręmu brakowało tylko światła elektrycznego lub przynajmniej ogni bengalskich.
Bez tego barwne kostjumy blado się przedstawiały.
Na drugi raz wyjdzie to z pewnością lepiej.
Widzowie jednak byli zachwyceni, pantomina okazała się szczęśliwym pomysłem.
Tyle było zabawy.
A teraz powiedzmy o handlu.
Piękno kupcowo chwaliły nam się, iż targ był wczoraj bardzo dobry.
Sprzedaż w niektórych sklepach z taniemi towarami, szła nader żywo.
Najlepszy dowód, że gdzie ceny były niskie, tam kupowano, stanowi sklep z papierami i galanterją p. C. Przybylskiego.
Przeznaczył on specjalnie na kiermasz sporą ilość przedmiotów z opuszczeniem znacznego procentu i pokup znalazł znakomity.
Tak samo w sklepach z piernikami J. Wróblewskiego, trudno było nadążyć ze sprowadzaniem towaru, który rozchwytywano.
W warszawskiem laboratorjum targ wynosił wczoraj z górą 200 rs.
Herbata w namiocie pań: Starynkiewiczowej i Tołstojowej przyniosła 150 rs.
Właściciele sklepów z przedmiotami kosztownemi, jak klejnoty, zegarki itp., skarżyli się na słaby odbyt.
Trudno się dziwić, wszyscy narzekają na ciężkie czasy.
Zresztą w ogóle właściwy ruch bazarowy był lepszy wczoraj, aniżeli w ciągu dwóch dni poprzednich.
W końcu parę luźnych wiadomostek.
Kabała z dnia onegdajszego dała 40 rs., listonosz zebrał tyleż.
Skutkiem nieuwagi kogoś ze służby, stłuczono kosztowną lampę elektryczną.
A cyganki?
Prawda, o cygankach, któremi się niezwykle zainteresowano, przyrzekliśmy zdać sprawę, lecz...
Stosujemy tu pewne przysłowie biskupa warmińskiego o pewnem miasteczku, położonem w gubernji radomskiej.
To wystarczy, a czytelnik niech sobie resztę dośpiewa...

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Czwarty dzień kiermaszu.
Zapał publiczności dla zabawy kiermaszowej rośnie crescendo.
Wczoraj zwiedziło hallę około 4000 osób.
Ruch w sklepach był jeszcze większy aniżeli onegdaj. Panie sporo targowały, szczególniej w sklepach Przybylskiego i Perzyńskiego (galanterja i materjały piśmienne), oraz Wróblewskiego z piernikami.
Naddatków może było mniej, ale towaru więcej sprzedano i Towarzystwo zyska procent, kupcy zaś, którzy ponieśli pewne koszta urządzenia, nie będą narzekać.
Do godziny 5-ej publiczność napływała dość umiarkowanie.
Dopiero gdy się zaczęły widowiska, kasjerzy nie mogli nadążyć sprzedawać biletów, a w arenie panował tłok i upał afrykański.
Pokazuje się, że warszawiacy lubią przedewszystkiem wszelkiego rodzaju circenses, a cóż dopiero, gdy to wszystko kosztuje zaledwie 20 kop.
Były więc najprzód żywe obrazy, ułożone przez pp. Olszyńskiego i Konopackiego.
„Sen dziewicy" i „Pożar stepu" zawzięcie oklaskiwano.
Następnie chór Towarzystwa muzycznego odśpiewał „Pieśń kolendową" Gounoda i „Na okręcie" Mendelsohna.
Zakończyła szereg widowisk pantomina japońska, która nie może sprawić pożądanego efektu, dopóki nie zostanie urządzone światło magnezjowe lub ognie bengalskie.
Pokazał się i listonosz, mniej jednak dowcipny, aniżeli jego poprzednik.
Puszka też nie została w zupełności napełnioną.
Cyganki siedziały w swej szatrze zupełnie osamotnione...
Dziś otwarcie kiermaszu nastąpi o godzinie 12-ej w południe.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Piąty dzień kiermaszu.
Coraz bardziej dochodzimy do tego przeświadczenia, że dać Warszawie jakąś zabawę urozmaiconą, to co francuzi nazywają monstre, a za tanie pieniądze, publiczność bez względu na pogodę i dzień powszedni, zawsze będzie tłumnie napływała.
Zdawało się, że piątego dnia kiermasz się opatrzy i osłucha.
Gdzie tam! — przybyło z górą 5,000 osób,
Dwukrotnie musiano wstrzymywać sprzedaż biletów, aby nieprzepełnić gmachu.
Podczas odbywanych widowisk, w arenie było tak ciasno, iż członkowie przed schodami utworzyli łańcuch, nikogo nie wpuszczając.
Wywoływało to niemiłe reklamacje, lecz inaczej trudno było postąpić.
Z rozporządzenia władzy policyjnej, delegowani budowniczowie rewidowali wczoraj wytrzymałość sztucznego pomostu, potrzeba bowiem przy takim natłoku zachować wszelkie możliwe ostrożności.
Rewizja wykazała, iż wszystko jest w zupełnym porządku a podtrzymujące podłogę słupy i wiązania zostały nieporuszone.
Wracajmy jednak do odbytych wczoraj widowisk.
Program był niezmiernie urozmaicony.
Rozpoczął śpiew dwóch amatorek, pań: Skiwskiej i Kopytowśkiej.
Następnie wykonał na fortepianie kilka własnych kompozycji p. Michał Hertz.
Dalej panna H. Twardowska, w kostjumie hożej krakowianki, deklamowała z powodzeniem „Jagodę" Lenartowicza i „Różę" Erenfeuchta.
Magik Faustini-Dutkiewicz kilku produkcjami prestidigitatorskiemi szczerze ubawił bliżej stojących widzów.
Były jeszcze trzy numera chórów pana Danysza i wreszcie dwa żywe obrazy.
No, chyba nigdy jeszcze za 20 kop. nikt takiego obfitego programu w Warszawie nie wysłuchał.
Cyganki w swej szatrze stanowczo były zaniedbane...
Siedziały jak zaklęte posągi i z nudów same sobie stawiały kabałę...
Ruch w sklepach był bardzo dobry, nie tyle jednak na górze, ile na dole.
Tu, mając do czynienia z samymi kupcami, wcale się nie krępowano obawą naddatków.
Główny ruch koncentrował się przy sklepach: z piernikami Wróblewskiego, marynatami Wójcickiego, galanterją Przybylskiego i porcelaną R. Fijałkowskiego.
Na górze własne sklepy pań były najliczniej odwiedzane.
W sklepie hr. Walewskiej sprzedają się między innemi bony na abonament książek w czytelni panny M. Olędzkiej oraz kwiaty sztuczne doniczkowe do ubrania salonów W. Siwińskiej.
Do tegoż sklepu pani Matjasowa Bersonowa przysłała 26 rs. i kilkanaście pięknych sztychów.
Sprzedaż herbaty została już zaniechaną, a w namiocie po paniach Tołstojowej i Starynkiewiczowej sprzedaje się woda sodowa i roboty damskie oraz aparaty kościelne p. Chronowskiej.
W sklepie tym zasiadły panie: Justyna Rappaportowa, żona inżeniera, Aniela z Święcickich Wojtkiewiczowa z siostrami Karoliną i Natalją, Władysława z Jurkowskich Porajska, Marja z Wnorowskich Porajska i Kazimiera z Wnorowskich Urbanowiczowa.
W sklepie pani Miniewskiej z porcelaną sprzedawać będzie p. Mierzyńska, małżonka dziekana uniwersytetu, z córkami Kazimierą i Stefanją.
Bukieciki z napisem: „Kiermasz 1885 r.", stanowiące rodzaj pamiątki z tegorocznej zabawy, chętnie są nabywane w sklepie p. Marczewskiej.
Na zakończenie parę luźnych wiadomostek.
Podczas sztuki z białemi myszami, jedna z maleńkich artystek została matką, co naturalnie wywołało wielką wesołość.
Dwie panie w tłoku zemdlały i jedną z trudnością zdołano do zmysłów przyprowadzić.
Kilku małoletnich widzów wdrapało się na wierzch fontanny, skutkiem czego omal nie przyszło do katastrofy.
Było też kilka kradzieży.
Dziś szósty dzień kiermaszu; wnętrze halli będzie otwarte o godzinie 12-ej w południe.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Szósty dzień kiermaszu.
Zabawa kiermaszowa przeszła już połowę oznaczonego kresu, a jednak zainteresowanie publiczności ani na chwilę nie słabnie.
Wczoraj znów tłumy podążyły do gmachu cyrkowego, a w godzinach widowisk rozpoczął się zwykły ścisk i wyrzekania tych, którzy żadną miarą na schody dostać się już nie mogli.
Zrobiono jednak ważne udogodnienie.
Jedne i drugie schody rozdzielone sznurem, służą dla wchodzących i wychodzących, cyrkulacja zatem jest swobodniejszą.
W sklepach na górze woda sodowa i roboty damskie zajęły miejsce herbaty, p. Augustynowicz z zegarkami zupełnie się usunął, a w tym namiocie urządzoną została sprzedaż sztucznych brylantów p. M. Drasch, które chętnie kupowano.
Wielkiem powodzeniem cieszyło się losowanie fotografij w sklepie „Konrada”.
Hr. Walewska i prezesowa Nowodworska na swoich koszach z rozmaitemi przedmiotami, a za stałą cenę 25 i 15 kop., wychodzą bardzo dobrze.
Dziś podobne losowanie będzie urządzone w sklepie p. Wróblewskiego z piernikami, świeczkami woskowemi, wreszcie z miodem.
Naddatki w górnych sklepach płynęły obficie, a w dolnych zaopatrywano się w rozmaite pożyteczne produkta.
P. Horodyński rozsprzedał cały zapas tortu amerykańskiego, a sąsiad z przeciwka, p. Wójcicki, ma odbyt na marynaty postne.
Cyganki siedzą osamotnione, amatorów kabały nie ma wielu, ale obserwujących przy barjerze pełno.
Tłocząca się publiczność spowodowała przewrócenie wodotrysku, rozlana jednak woda podziałała ochładzająco i przed szatrą zrobiło się luźniej.
Popisy sceniczne rozpoczęły śpiewy solowe dwóch amatorek, którym akompanjował p. Michał Hertz, następnie, odegrano obrazek sceniczny pt. „Jedna chwila" Swiderskiego.
Amatorzy wywiązali się z zadania swego doskonale, chociaż z powodu zgubienia egzemplarza, grano bez suflera.
Chóry p. Danysza i pantomina japońska zakończyły szereg widowisk.
Jak zwykle, na zakończenie parę luźnych wiadomostek.
Kilku panów wrzuciło do puszki w namiocie cyganek po 5-rublowym banknocie.
Hr. Zamoyska z domu Bourbon-Trapani, utargowała w swoim sklepie 200 rs.
Ukazał się też żydek z kramikiem, nieodzowna figura każdego kiermaszu.
Amator w roli handlarka utargował kilkanaście rubli za rozmaite drobiazgi.
Zwiedzających było wczoraj przeszło 4,000 osób.
Koszta urządzenia kiermaszu są dotychczas z nadwyżką nawet pokryte.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Siódmy dzień kiermaszu.
Znane, a obrazowe wyrażenie, że to i owo zobaczyła „cała Warszawa", najsłuszniej da się zastosować do kiermaszu.
Ciekawość, mimo tylu ujemnych stron lokalności, nietylko nie słabnie, ale, rzec można, wzrasta crescendo.
Stanowczo z każdym dniem zwiększa się liczba zwiedzających hallę kiermaszową, a wczoraj chyba był kulminacyjny punkt niebywałego jeszcze tłoku.
Wierni zasadzie figarowskiej krążenia tu i owdzie, trzykrotnie znaleźliśmy się w takim punkcie, z którego obserwacja była najlepsza i ciała nam miarę szalonego ścisku.
Pierwszy raz staliśmy w westibulu około godziny 6-tej.
Kasjerzy byli w oblężeniu i nie mogli sobie dać rady z niecierpliwiącą się publicznością.
— Proszę wstrzymać sprzedaż biletów, więcej osób wpuszczać niepodobna! — rozlega się głoś któregoś z członków.
Kasjerzy zaprzestają swej czynności, publiczność sarka.
Istotnie, tłok we wnętrzu był straszny.
Przedostawszy się uprzywilejowanem wejściem od okólnika, wchodzimy na galerję.
Tam istna łaźnia, ale za to cały kiermasz doskonale widać.
Cała arena i schody przedstawiają się z góry jak wielka, poruszająca się fala.
Gwar rośnie coraz bardziej, a nawet dają się słyszeć okrzyki trwogi.
Kilka pań zemdlało.
Ktoś nieostrożnie krzyknął: wody!
Struchleliśmy z obawy przed następstwami podobnego alarmu, zwłaszcza, iż jakaś kobieta na schodach, mdlejąc ze znużenia, upadła, a tłum się zwiększał i przewrócenie kilku osób byłoby fatalne.
Na szczęście pewna liczba silnych, a przytomnych panów powstrzymała napór i uspokoiła płoszącą się publiczność.
Trzeci raz wreszcie na dole powstał tłok przy szatrze cygańskiej i tu tłum oderwał od matki kilkoletnią dziewczynkę.
Dziecko wyniesiono zemdlone.
Stanowczo odradzamy przyprowadzanie dzieci na kiermasz, począwszy od godz. 5-ej, kiedy się rozpoczyna napływ publiczności.
Sprzedaż podczas tego ścisku nie mogła być ożywiona, chociaż przed 5-ą i po 7-ej targ był bardzo dobry.
Całusków w obu sklepach Wróblewskiego, pomimo paru transportów, zabrakło.
Galanterja Przybylskiego codziennie się odnawia, a fotografie Konrada prawie wszystkie zostały rozlosowane.
Hrabina Zamoyska utargowała onegdaj 480 rs. (rozumie się z naddatkami), a wczoraj widzieliśmy na tacy również sporo banknotów.
Damom-kupcowym, które tak wytrwale pomimo afrykańskiego gorąca siedm dni wytrzymały na kiermaszu, należy się szczera podzięka.
Program widowiska, jak codziennie, tak i wczoraj, był urozmaicony.
Rozpoczął żywy obraz „Wigilja św. Andrzeja". Układ tego obrazu (p. Olszyńskiego) i oświetlenie były bardzo dobre.
Dobrze wypowiedzianej deklamacji p. J. („Życie ślimacze" Z, Rapaporta) niewiele osób bliżej stojących mogło wysłuchać.
Natomiast wyśmienita bluetka „Wdówka", odegrana przez amatorów, zyskała ogólne oklaski.
Chóry Towarzystwa muzycznego wykonały: „Dom" pieśń ludową i „Krzak róży".
Liczba zwiedzających wyniosła wczoraj z górą 5000 osób.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Ósmy dzień kiermaszu.
Przedostatni dzień zabawy zgromadził znów tłumy publiczności.
Podwyższona do 30 kop. cena biletów, nikogo niezraziła, a na tej podwyżce Towarzystwo zyskało sporą sumkę.
Tłok w górnej arenie podczas widowiska był taki sam jak onegdaj.
Pomimo ostrzeżeń z naszej strony uczynionych, nierozważni rodzice wprowadzali do środka dzieci.
Biedne istoty, ściśnięte ze wszech stron, omdlewały i dwie dziewczynki oraz chłopczyka musiano wynieść na korytarz.
Jedna z zemdlonych dziewczynek zwichnęła nadto rączkę, którą obecny lekarz natychmiast nastawił.
Mdlały też i panie; w naszych oczach, w krótkim stosunkowo czasie, wyniesiono do westibulu kilka zemdlonych kobiet.
Byliśmy przy tej sposobności świadkami charakterystycznej sceny.
Jedna z pań po dość długiem omdleniu (członkowie deźurni są zaopatrzeni w różne środki trzeźwiące), zaledwie cokolwiek wypoczęła, pyta męża:
— A co teraz przedstawiają?
— Zapewne rozpoczęła się już pantomina japońska — rzecze jeden z członków.
— Ach! ja tak pragnęłam zobaczyć pantominę! Chodźmy mężu, czuję się już dobrze— powiada pani *„* wstając z krzesła i widocznie używając siły woli, aby się utrzymać na nogach.
Nierozsądnej zachciance odmówiono, a zmartwiona kobieta, idąc do oczekującej dorożki, gorzkie czyniła wymówki mężowi, który stanowczo oparł się ryzykownemu żądaniu.
Najdłużej trzeba było trzeźwić pannę G., która już po wyniesieniu z tłoku czterokrotnie omdlewała, a następnie dostała ataku spazmatycznego śmiechu.
Jeżeli podobne wypadki dają miarę tłoku, to od opisywania tego, co się działo w arenie, jesteśmy już zwolnieni.
Przy wyjściu z westibulu dolatuje nas następująca rozmowa:
— Patrz Krzeczkowski i Grąbczewski sprzedają dziś bilety.
Połączenie tych dwóch dobrze znanych nazwisk zwróciło naszą uwagę. Co znowu, przecież ich nie złapano, a zresztą cóżby robili na kiermaszu i do tego w kasie...
Rzecz się wyjaśniła.
Istotnie, dziwnym zbiegiem okoliczności, dwaj szanowni członkowie Towarzystwa dobroczynności, noszący te same nazwiska, byli zajęci sprzedażą biletów, mimowoli więc ze zbiegu nazwisk przypomniała się nam smutna sprawa włocławska.
Widowiska wyliczymy naprędce:
Ukazano dwa żywe obrazy, magik Faustini rozśmieszał widzów swemi sztukami, chóry p. Danysza odśpiewały dwa numera z akompanjamęntem dętych instrumentów, p. Michał Hertz akompanjował amatorce do śpiewu, a nad program odegrał dwa utwory swojej kompozycji, wreszcie odbyła się pantomina japońska.
Dzięki dobremu oświetleniu, barwne kostjumy wydały się o wiele lepiej niż poprzednio.
Ruch sklepowy był ciągle ożywiony, nietylko na dole, ale i na górze.
W sklepie „Leona" wdzięczny wianuszek „pań-perfumiarek" utargował paręset rubli.
W sklepie J. Wróblewskiego dobijano się o pierniki, w dwóch bowiem miało się znajdować po dukacie.
Komu się dostały pierniki z dukatami? — dotychczas niewiadomo.
Namiot z herbatą p. Hartingowej w ciągłem był oblężeniu, a dobroczynne „podczaszynie" chińskiego napoju utargowały z górą 100 rs., włączając w to hojne naddatki.
Wyciąganie z koszów przedmiotów na „chybił trafił" znajdowało wielu amatorów.
Na dole p. B. Horodyński rozlosował swoje solida i fluida.
Szczęśliwym dostała się szynka i indyk pieczony.
Cygara Ehrenfrieda i specjalne kiermaszowe papierosy, rozkupiono w kilka godzin.
Porcelana R. Fijałkowskiego i wyroby galanteryjne introligatora-amatora, cieszyły się powodzeniem.
Nawet t. zw. „cyganki" z kabały i niewybrednej wróżby zebrały kilkadziesiąt rubli na biednych.
Dziś więc stanowczo ostatni dzień kiermaszu i podwoje „halli" będą o godzinie 10-ej rano otworzone.
Program widowisk obejmuje o godzinie 3-ej po południu żywe obrazy, o 4-ej produkcje magiczne Faustiniego, o 5-ej chóry Towarzystwa muzycznego, o 6-ej pantominę japońską i na zakończenie żywy obraz złożony z grupy etnograficznej.
Dla ścisłości sprawozdania nadmieniamy, że wczoraj kręcili się po całej halli listonosz i żydek z kramikiem; obaj zebrali pewną kwotę na biednych.
Pomysłowy komitet robi więc wszystko co można, aby eksploatować, rozumie się w dobrym celu — publiczność.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Ostatni dzień kiermaszu.
Powodzenie zabawy kiermaszowej dotrwało do końca.
Wczoraj już od godziny 10-ej rano „halla" zaczęła się zapełniać publicznością, a wytrwałe damy-kupcowe były na swoich stanowiskach.
Przy wejściu słyszeliśmy donośny głos wywołujący:
— Butelka wina węgierskiego z roku 1866-go za rubla, kto da więcej?
Przy innym sklepie ktoś znów zawołał:
— Duży obrus lniany za trzy ruble, po raz pierwszy.
To licytacja, którą urządzały panie we własnych sklepach, aby w ten sposób wyprzedać wszystek towar.
Licytacje z małemi przerwami podczas widowiska lub z powodu tłoku, trwały aż do późnego wieczoru.
Nie przeszkadzały one wcale zwykłej sprzedaży i losowaniu.
Ruch we wszystkich tak na górze jak i na dole ciągle był ożywiony.
Zwyczajem wszystkich „kiermaszów", kupcy w ostatniej chwili czynili znaczne ustępstwa w cenach aby tylko towar rozprzedać, taniość więc skłoniła licznych amatorów do robienia zakupów.
Cygara Erenfrieda z ustępstwem znacznego procentu zostały rozkupione.
Nawet droższe przedmioty, jak zegary Pozziego dywany Kiltynowicza, miały odbyt i wspaniała otomana turecka znalazła kupca za 120 rs.
Transporta pierników Wróblewskiego co kilka godzin znikały, do czego głównym bodźcem była chęć znalezienia dukatów.
Istotnie czterech szczęśliwców w bruku piernikowym znalazło węgierskie dukaty.
Zawiedzionych było kilkuset, mogą się jednak pocieszyć, że biedni zyskali ładną sumkę.
Do godziny 3-ej po południu w halli kiermaszowej było dość przestronno, z chwilą jednak rozpoczęcia się widowisk znów się zaczął dawny tłok z wszelkiemi epizodami dni poprzednich.
Żywe obrazy przeszły jeszcze spokojnie.
Śpiew chórów Towarzystwa muzycznego zagłuszał często okrzyk kogoś ściśniętego i przy uroczystej pieśni Togenburga wyniesiono dwie zemdlałe panie.
Podczas produkcyj magicznych p. Faustyniego, kilkominutowe wystanie w tłoku należało do czynów bohaterskich.
Nawet galerje, pomimo oddzielnej opłaty, były przepełnione.
Co chwila ktoś mdlał, a członkowie deźurni wypotrzebowali zapasy soli trzeźwiących.
Magja i typy mimiczne przeciągnęły się przeszło godzinę, a gdy się rozpoczynała pantomima japońska, nikogo już na schody nie można było puszczać.
— Pięć dni z rzędu chodzę, aby zobaczyć pantomimę i zawsze napróżno — żaliła się jakaś dama.
Uprzejmy członek, wbrew przysłowiu ad imposibilia nemo tenetur, wpuszcza ciekawą damę.
W kilka minut później wyniesiono ją zemdloną.
Na zakończenie japończycy zebrawszy się utworzyli malowniczą grupę, doskonale oświetloną.
Po ostatniem podniesieniu zasłony ukazał się hr. W. Walewski i w kilku serdecznych słowach wyraził podziękowanie amatorom i amatorkom, którzy bezinteresownie brali udział w widowiskach.
Nadto p. Faustyni-Dutkiewicz, oprócz specjalnego podziękowania, otrzymał cenny upominek od członków komitetu kiermaszowego.
— Panie i panowie, zegar-budnik za 2 rs., kto da więcej — usłyszeliśmy znów donośny goło „honorowego woźnego".
Licytacja trwała parę godzin i sklepy własne zupełnie się opróżniły.
Towarzystwo dobroczynności ze sprzedaży, a więc z dawnego bazaru, zyska około 5,000 rs.
Jest to cyfra przypuszczalna, ponieważ rachunki ze sklepów nie zostały jeszcze uregulowane.
Poważnie się przedstawia dochód z biletów wejścia.
Dotychczas wiadomo, że w ciągu dziewięciu dni sprzedano około 35,000 biletów.
Włączając dochody przypadkowe, jak z kabały, listów, kramiku żydowskiego i t. p., śmiało można liczyć, że dochód brutto wyniesie z górą 15,000 rs.
Cel więc został osiągnięty.
Warszawa miała nowość, a biedni otrzymają pożądany zasiłek.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Słówko krytyczne o kiermaszu.
Poświęcamy chętnie dużo, może za dużo miejsca kiermaszowi, jako inicjatywie filantropijnej, jako dziełu miłosierdzia, którego wyniki materjalne mają przyczynić się do osuszenia niejednej łzy i nakarmienia niejednych ust zgłodniałych.
Ztąd nie wynika wszakże, abyśmy zamknęli oczy na pewne wadliwości w organizacji tej litościwej zabawy, wadliwości, które niezgodne są z wygodą, zdrowiem, a często i smakiem zwiedzających kiermasz, a dadzą się bez wielkiego trudu usunąć.
Po części chodzi nam tu o uratowanie dystyngowanego charakteru zabawy, jakim cechowały się doroczne bazary w salach redutowych, a po części o wytworzenie znośniejszyeh warunków hygienicznych.
Przedewszystkiem apelujemy do komitetu urządzającego o usunięcie z widowni kiermaszu owych niefortunnych cyganek. Pomysł ten w formie, w jakiej został wykonany, uważamy za niesmaczny, a nawet nieprzyzwoity.
Cztery owe „cyganki", umieszczone w ładnym lustrzanym gabineciku, siedzą tam na tych samych prawach i pod egidą tegoż samego celu szlachetnego, co damy z towarzystwa, które raczyły zrobić poświęcenie dla sprawy dobroczynnej i podjęły się sprzedaży towarów w sklepach kiermaszowych.
Dalej pragnęlibyśmy zaradzenia natłokowi, panującemu w sali górnej i wytwarzającej się ztąd atmosferze równikowej.
Natłok pochodzi ztąd, że już od godziny 4-ej publiczność ciekawa zapowiedzianych widowisk, poczyna ustawiać się w zbitej masie przed sceną i wyczekuje tam po godzinie na rozpoczęcie przedstawienia.
Rozpoczęcie to nie ma swej oznaczonej chwili produkcje zaczynają się bardzo późno, ciągną bardzo leniwo, a tymczasem kilkaset do tysiąca osób, ubranych w futra i odzienia zimowe, stoi na miejscu, tamując komunikację w sali, a zwłaszcza nie pozwalając dostać się reszcie publiczności do jedynych schodów, którędy wyjść można z areny kiermaszowej.
Aby skrócić męki zarówno widzów, jak osób pragnących wydostać się z sali i zmuszonych pięścią chyba torować sobie drogę, należałoby, zdaniem naszem urządzić dwa boczne pasaże, należycie strzeżono, a wiodące do owego jedynego wyjścia po pod sceną.
Tamtędy mogłyby się fale osób ustępujących wylewać wygodniej, aniżeli przez dotychczasowy pasaż środkowy, wiodący wprost od fontanny.
Nie rozumiemy także, dlaczego publiczność nie może wychodzić z sali temiż samemi schodami, któremi weszła.
Mogłaby to uskutecznić z daleko mniejszą mitręgą czasu i siły fizycznej, zachowując praktykowany gdzieindziej podział na stronę prawą i lewą schodów.
Wreszcie wydaje nam się pożądanem, aby umieszczono w sali przy wejściu lub w pobliżu sceny, napisy widoczne dla wszystkich, a określające bliżej czas rozpoczęcia projektowanych widowisk.
W takim razie bowiem publiczność przestanie na dwie godziny przed rozpoczęciem takowych zbijać się w masę przed sceną i tamować wszelki ruch w sali.
Tym również tylko sposobem ustąpi niebezpieczeństwo narażania się na kaszle, chrypki i katary, które muszą być skutkiem nieuniknionym przebywania kilkogodzinnego w temperaturze rozpalonej, a w odzieniu z konieczności zimowem i ciężkiem.

„Kurier Warszawski”, 1885

 

Regularnie uczestniczyła w podobnych imprezach – w Polsce i za granicą – Róża z Potockich Krasińska (uważny czytelnik wypatrzy ją także w powyższym sprawozdaniu).

Dzięki Bogu mam dobre wiadomości od naszych drogich dzieci – Rózia została zwerbowana przez lady Fullerton do zorganizowania wenty na szpital. Wykonała własnoręcznie najpiękniejsze na świecie kapelusze, ładniutkie czepki, a następnie jak królewna sprzedawała to wszystko zza swego kontuaru i rzekomo robiła dobre interesy na rzecz biednych.

Eliza z Branickich Krasińska, list z 20.12.1869, z Paryża do Katarzyny Potockiej

 

Zastałam Różę bardzo zajętą przygotowaniami do corocznej wenty, która odbywa się zimą na rzecz Dobroczynności. Będzie miała swój stół, mam nadzieję, że Maria będzie mogła jej pomóc – będą sprzedawały lalki, które Róża ubiera teraz z wielką wyobraźnią i smakiem – wszędzie widać tylko szmatki i wszyscy pomagają – pokojówki i my wszystkie mamy nic tylko lalki na głowie, przygotowujemy wiele innych rzeczy, jednym słowem to prawdziwa i świetnie funkcjonująca fabryka – zapewniam Cię.

Eliza z Branickich Krasińska, list z 1.12.1874, z Warszawy do Zofii Potockiej

Lalki przyniosły ponad 600 rubli, które Róża tryumfująco posłała do Komisji Dobroczynności.

Eliza z Branickich Krasińska, list z 22.12.1874, z Warszawy do Zofii Potockiej