Oprócz wyjazdów do modnych kurortów (dla zdrowia lub tylko dla rozrywki) kolejną formą spędzania lata, która zyskiwała na popularności, były tzw. letnie mieszkania. Początkowo możliwość spędzania lata na wsi mieli tylko ludzie prawdziwie zamożni, posiadający zarówno dobra wiejskie, jak i mieszkania w mieście. Jednak rozrost miast z jednej strony, a rozbudowa sieci kolejowej z drugiej sprawiły, że na letnie mieszkania wyjeżdżało coraz więcej obywateli miast, nawet tych mniej zamożnych.

Istotnym czynnikiem była tu higiena. Miasta były coraz bardziej zanieczyszczone i duszne, co w połączeniu z letnimi upałami sprawiało, że życie w nich stawało się latem znacznie mniej przyjemne. Z rozwojem medycyny i higieny uczono się doceniać wartość świeżego powietrza, przestrzeni i ruchu. Pobyty na wsi szczególnie atrakcyjne były w czasie wakacji dla rodzin z dziećmi. Zaczynały powstawać okolice wyspecjalizowane w przyjmowaniu letników – popularne były miejscowości leżące niedaleko miast i na trasie kolei.

Często się zdarzało, że na letnie mieszkanie wyjeżdżała sama matka z dziećmi, a ojciec rodziny dojeżdżał z miasta w dni wolne od pracy. W odwiedziny przyjeżdżać mogli również znajomi, którzy sami nie wynajęli letniego domku.

 

Wierzajcie mi, że nie dziwię się ani pani A**, co wyprowadziła się już do mieszkania letniego jakie sobie najęła w okolicach Warszawy, ani pannom B*, co wyjeżdżają na dwa miesiące do stryja w Radomskie, ani nawet panu C**, co wynalazł gdzieś tam sobie kolonią o kilku morgach, z domkiem jak naparstek, ale zato z ogródkiem przy domku, z perspektywą świeżego mleka, orzeźwiającego powietrza i kwaśnych wisien, które myśli stopniowo ulepszać. I jabym tak zrobił, gdybym mógł, bo nie zabawna to rzecz gościć w Warszawie przez lato i za jedyną rozrywkę przypatrywać się nowobudującym się domom i zwolna naprawianemu brukowi, ale to tak zwolna, że podczas owego ulepszania jednej części ulicy, druga ma najzupełniejszy czas popsuć się do reszty.

Kronika tygodniowa, w: „Tygodnik Illustrowany”, 1865

 

W bieżącym roku odzyskały także swoje dawne prawa letnie mieszkania poza rogatkami miasta. Fury ładowne sprzętami, pakami, kuframi przesuwały się zwolna przez ulice Warszawy, dążąc do ogrodów zamiejskich, których właściciele, przy pomocy całej armii murarzów i cieśli, starali się przywrócić dworki swoje do stanu mieszkalnego. Zaludniły się znowu Mokotów, Wierzbno i sąsiedujące z niemi kolonie.

Kronika tygodniowa, w: „Tygodnik Illustrowany”, 1865

 

Już dla Warszawy na dobre letnia Sahara się rozpoczyna. Druga połowa czerwca była już ostatniem uderzeniem żywszego pulsu miejskiego, a teraz wszystko się rozjeżdża, goście i miejscowi. Pozostają tylko w mieście ci, których konieczne zatrudnienia i obowiązki wiążą do jego rozpalonych murów, pozostają, wzdychając za wiejskim wczasem i pocieszając się muzykami ogrodowemi, oraz różnemi widowiskami, jakie po części zjechały już tu, a po części zapowiadają swoje przybycie.

Kronika tygodniowa, w: „Tygodnik Illustrowany”, 1866

 

Od czegóż wreszcie Lipiec, różne bady i letnie mieszkania, w których już od kilku tygodni używają warszawskie panie właściwych tym miejscom rozkoszy, to jest rzechotania żab, dokuczliwości much, koncertu rozmaitych domowych zwierząt. Pomimo to warszawianki utrzymują, że letnie mieszkania są zachwycające, ponieważ ma się przyjemność chodzenia po piasku a w deszcz po kałużach, i widać trzy krzaki zakurzonego bzu, no i trochę podeptanej trawy w dodatku zaś często źle zamaskowany śmietnik. Bo doprawdy, że mało co więcej widzieć można z okien przeciętnego letniego mieszkania. We wnętrzach zaś swoich, kryją czasami owe rozkoszne siedziby niespodzianki dla mieszkańców w postaci np. grzybów obficie rosnących po kątach i listwach ścian. Grzybobranie bez lasu pod dachem, co może być przyjemniejszego, że jednak zdrowie iść powinno przed przyjemnością, życzymy więc naszym czytelnikom mieszkań bez takich niespodzianek, które słusznie opisują i rysują pisemka humorystyczne.

Zygzak, Z dwóch tygodni, w: „Moda”, 1883

 

Latem, po wystawie, towarzystwo warszawskie niknie zupełnie. Wszystko, co żyje, wyjeżdża na wieś, do wód lub co najmniej na letnie mieszkania... Te letnie mieszkania, to także specyalnie warszawska moda i cecha. Przez lipiec, sierpień i wrzesień każdy „szanujący się” Warszawiak, każdy dom zamożniejszy, nie może bawić w mieście... lecz co najmniej za rogatkami Warszawy, bodaj w Marcellinie... Więc przy naszych kolejach potworzyły się formalne letnich mieszkań kolonie, całe miasteczka często bardzo wspaniałych i gustownych willi, domów szwajcarskich, pałacyków i t. d. Zaczyna się to na drodze warszawsko-wiedeńskiej od Pruszkowa, a kończy aż na Skierniewicach; na Terespolskiej idzie aż do Nowo-Mińska; na Nadwiślańskiej ulubionym punktem jest Jabłonna. Kto ma i kto nie ma na to, ten wyjeżdża na letnie mieszkanie... W Warszawie zostają tylko mężowie, ci, co obowiązkiem przykuci do miasta, żadną już miarą uciec z niego nie mogą... ale tacy nawet bardzo często rannym pociągiem przyjeżdżają do Warszawy, a wieczornym wracają znowu na letnie mieszkanie. W niedziele i święta odbywa się formalna wszystkiemi kolejami pielgrzymka, każdy spieszy na wieś do swoich znajomych; zaproszenia na niedzielne obiady są jakby abonamentem... a pomimo to jednak stałej publiczności warszawskiej wystarczy jeszcze na zapełnienie wszystkich naszych teatrów i teatrzyków ogródkowych i ogród Saski, ten „letni salon Warszawy”, świetny w czerwcu, w lipcu i sierpniu, przepełniony jest zawsze spacerującą publicznością.....

Antoni Zaleski, Towarzystwo warszawskie. Listy do przyjaciółki, przez Baronową X. Y. Z., , t. I, Kraków 1886

 

Wiosna w pełnym zajaśniała rozkwicie. Drzewa bujną pokryte roślinnością, przypominają nam, pomimo dżdżystego i chłodnego stosunkowo powietrza, iż po burzy następuje zwykle słońce, po gradach szalonych, muszą wkrótce zapanować upały, wraz z któremi kogo stać każdy pędzi za rogatki na letnie mieszkanie, by odetchnąć wśród bujnej zieleni i ciszy przyrody. Zwyczaj to dla osób niezamożnych zły może, niewygodny, nużący, ale ze względu na zapas zdrowia, jakiego nam dostarcza, nic przeciw niemu powiedzieć nie możemy.
Jeżeli kogoś nie przerażają ciasne chłopskie izdebki, upał i zaduch, sąsiedztwo zwierząt domowych i często zupełne odcięcie od świata, i owszem niech jedzie. Niech pierś jego rozszerza się, skąpana w falach świeżego powietrza, niech płuca wzmacniają się wśród balsamicznej woni naszych lasów, a umysł odświeża i uszlachetnia, w zetknięciu z bogatem królestwem przyrody.
Po za tą kategoryą jednak, ludzi szukających odpoczynku, spokoju i ciszy, istnieją jeszcze według czysto warszawskiego prowincyonalizmu letnicy, którzy do większego przyuczeni komfortu, jadą zaludniać tłumnie francuzkie miejsca kuracyjne i niemieckie bady.

An. Krz., Wędrówki zagranicę i nasze zakłady kąpielowe, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1887

 

Wyludnienie Warszawy na wiejskie siedziby lub lecznice wody z zawadzeniem o wystawę paryzką, stało się dziś już zupełnie widocznem dla bliżej znających gród nasz stary i jej mieszkańców.
Ptastwo to wędrowne dopiero powitamy z początkiem Września, gdy jesień przysuwać się będzie do naszych progów a oddech stanie się swobodniejszym.
Pragnienie wycieczek letnich wspólne jest wszystkim mieszkańcom miast większych. Paryż ucieka do kąpieli na brzegach morskich, Londyn na ląd Europy, Berlińczycy i Wiedeńczycy udają się w podróż po Niemczech, a my tam, gdzie chuda nasza kiesa pozwala, choćby do lichej chałupiny chłopskiej, aby nie dusić się między murami miasta.

Wiadomości z różnych stron, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1889

 

Warszawa coraz się bardziej wyludnia, jarmark wełniany kończy się, wyścigi dobiegają ostatniego kresu, a napływowi mili nam zawsze goście, wracają do siedzib chwilowo opuszczonych, aby podzielić się wrażeniami ztąd odniesionemi. Jakiej one będą natury, przesądzać trudno, ale przypuścić można z pewnem uzasadnionem prawdopodobieństwem, że o brak dobrych chęci i staranności nikt nas nie oskarży. I to coś znaczy!
W ślad za gośćmi wyruszają także i... kuracyusze z Horacyuszami do wód leczniczych i na letnie mieszkania. Liczba ich niezbyt wielka, z klasy zamożniejszej rekrutowana, ubytek jej znać jednak wszędzie, gdzie idzie o większy cokolwiek wydatek.

Wiadomości z różnych stron, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1890

 

Jedni, zapakowawszy do bocznych kieszeni swoje zasoby pieniężne, wymknęli się z ponętnej Warszawki do ponętniejszych badów i hofów – inni wysunęli się za furkami pełnemi gratów na mieszkania letnie, które już teraz dla śmiertelników najbardziej przeciętnych stały się obowiązującemi – a zaś jeszcze inni, którzy jednego i drugiego nie zrobili, żałują że tego zrobić nie mogli.
Bowiem niezawodną jest rzeczą, że niema tak bardzo upośledzonej duszy ludzkiej, któraby raz na rok nie poczuła odwiecznej konieczności puszczenia się na trawę. Dzieje się to za wolą tego naturalnego a wrodzonego instynktu, co szepce człowiekowi przy lada okazyi, że życie jego śród murów, kanalizacyi, wodociągów, tramwajów i t. p. jest bytowaniem anormalnem. Na otwartych, szerokich błoniach, w trawie po kostki i z potężnem, odsłoniętem sklepieniem niebios nad głową, śród szumu lasów i szmeru fal, wobec niecichnącego na chwilę hymnu przyrody, człowiek przestaje być karykaturą człowieczeństwa, jaką się stał, dzięki sztucznemu bytowaniu w mieście.

Maryusz, Z tygodnia, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1891

 

W porze obecnej każdy, kogo nie zatrzymują obowiązki i konieczność, stara się opuścić miasto i wyjechać na wieś, do wód, do kąpieli morskich. Jedni szukają tylko odpoczynku, poratowania zdrowia, wzmocnienia sił świeżem i wonnem powietrzem, usunięcia się od męczącego zgiełku miasta — inne osoby przeciwnie, jadą tam, gdzie może być najludniej, gdzie jest okazya do przedstawienia świetnych toalet.

O ubiorach, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1891

 

Choć to jeszcze wiosna... dmucha chłodem, niby jesień, już się rozpoczęły wędrówki po okolicach podmiejskich celem wynalezienia siedzib na lato. Ponieważ przekonano się dawniej, że w sprawie tej współzawodnictwo rozwinęło się na wielką skalę (każdy dziś musi mieszkać w lecie na wsi!), przeto ludzie się śpieszą, aby ich w wynajęciu mieszkania nie uprzedzono. Następstwem tego pośpiechu jest ogromne podrożenie lokali letnich, o których już dzisiaj, bez paru setek rubli w kieszeni na sezon, mówić nie można. To też zwolna wytwarza się korzystny proceder urządzania mieszkań dla „letników," co zresztą nie bywa tak znowu trudne, jakby się z pozoru zdawało. Są wsie w pobliżu Warszawy, w których cała ludność przenosi się do stodół z chat i domów, odnajmowanych amatorom powietrza i nowalij. Z chwilą rozpoczęcia takiej wędrówki poczyna się szlachetna robota darcia ze skóry przybyszów, którym w dodatku wiatr dmucha przez ściany, a deszcz przecieka z pułapów na poduszki.
Pozycya mieszkań letnich w budżecie mieszkańców Warszawy jest bardzo pokaźna. W przybliżeniu oceniać ją można w jednym sezonie na 4 miliony rubli, poza zwykłemi wydatkami. Jest-to fundusz tak piękny, że piękności letniego pobytu pomiędzy kurnikiem a chlewem nie wyrównywają ani dziesiątej jego części. Zato niezawodnie połowa tej sumy stanowi czysty zysk wynajmujących mieszkania letnie. Rozkłada się on na wiele głów i rąk, to prawda, lecz gdyby dziesiąta część zysków obracana była na melioracye w mieszkaniach letnich, po latach kilku nie mielibyśmy już sąsiedztwa kur i świnek. Na naszę biedę zyski bezpowrotnie grzęzną w kieszeniach letnich gospodarzy, a mieszkania z każdym rokiem bywają coraz gorsze...

Maryusz, Z tygodnia, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

Pisze się tu i owdzie narzekania na trudność w wynajdywaniu mieszkań letnich, których wprawdzie jest bardzo dużo... ale drogich i przydatniejszych dla zwierząt, niż dla ludzi. Wszędzie, gdzie pobudowano tak zwane wille, domki szwajcarskie i Bóg wie nie jak szumnie potytułowane budy, mizdrzące się powierzchownością ułudną, powzięto przekonanie, że za tak wielką ofiarę dla ludzkości ma się prawo drzeć ją ze skóry. Szalecik złożony z paru pokoików i kuchenki, stojący na piasku, opalany suto promieniami słońca, niemający ani cienia, ani wody, to „willa," którą opłacać trzeba 300 rublami na sezon letni. W dodatku do tej ślicznej sumki ponosić trzeba wszystkie koszta „łatwej komunikacyi" z miastem, transportów żywności i t p. rzeczy niezbędnych, nie licząc już kupowania na wagę złota produktów miejscowych, doskonale fałszowanych na użytek Warszawiaków przez naszych poczciwych wieśniaków.
Rodzina, złożona z czterech osób, której przyszła ochota osiedlenia się w takiej „willi" podmiejskiej, wydaje na kilkotygodniowe utrzymanie około 600 rubli. Mówi się tu o rodzinie mieszczańskiej, średniozamożnej, przywykłej do wygód, nie do zbytków, ale umiejącej żyć z główką i kredką w Warszawie.

Maryusz, Z tygodnia, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

W obecnej chwili wszyscy myślą o wyjeździe do wód, do kąpieli, na wieś, za granicę — odpowiednio do stanu zdrowia i położenia majątkowego.

O ubiorach, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1892

 

Przed niespełna ćwierćwiekiem wyjazd z miasta na letnie mieszkanie był jedynie przywilejem arystokracyi i ludzi zamożnych, wsi bowiem nie uważano za niezbędną dla zdrowia. Patrycyusze zamykali swoje pałace miejskie na kilka miesięcy i wyjeżdżali do własnych majątków lub do pałacyków podmiejskich, dla spędzenia tam najlepszej części roku i zadośćuczynienia wymaganiom mody i dobrego tonu. Na kuracyę udawano się przeważnie tylko do wód zagranicznych. Plebejusze, t. j. uboższa część ludności miejskiej – jak kupcy, rzemieślnicy i oficyaliści różnych biur i urzędów – dusili się z braku powietrza śród lipcowych skwarów w swoich ciasnych, zatłoczonych mieszkankach, w ziejących żarem murach wielkiego miasta.
Obecnie czasy się zmieniły. Wszyscy uznają ważne znaczenie życia na świeżem powietrzu i, z nadejściem lata, ogół opanowywa tęsknota do pól i lasów i gorączka odetchnięcia czystem powietrzem wioski, pośród gąszczów zielonych i kwiecistego łanów kobierca.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Aż nadto pojmujemy ten instynktowny pociąg znużonych pracowników, spragnionych wydobycia się co najprędszego z dusznych murów miast prowincyonalnych, a cóż dopiero stolicy!

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Za dawnych czasów istotnie można się było obchodzić bez letnich mieszkań, bo i obyczaje były prostsze, i wymagania mniejsze i walka o byt nie dochodziła do takiego naprężenia, jakie spotykamy dzisiaj dookoła. Przytem środki lokomocyi z miasta na wieś były naówczas bardzo pierwotne i wymagały zbyt wiele czasu; dziś, dzięki kolejom, przejazdy z miejsca na miejsce odbywają się łatwo, prędko i tanio, a już przez to samo stały się dostępnymi dla wszystkich.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Domy letnie, wynajmowane przez ludzi niezamożnych wyłącznie prawie w celu poprawienia zdrowia jednego lub kilku członków rodziny, powinny się znajdować w zdrowej miejscowości, o suchej, głęboko piaszczystej glebie, nie zaś wśród błot i trzęsawisk; powtóre, dom letni powinien całkowicie stać na słońcu, t. j. nie tonąć w otaczających go drzewach, przez gąszcz których nie mogą się przedostawać promienie słońca; przeciwnie, w okna letniego mieszkania światło słoneczne powinno się wdzierać z cała swobodą i bez żadnych przeszkód. Wiemy, że wiele osób uzna radę naszą do pewnego stopnia dziwną, ażeby wynajmować dom letni na szczerem słońcu; niechże ci, co nam nie dowierzają, raczą się zwrócić o radę w tej mierze do najwybitniejszych przedstawicieli spółczesnej medycyny i hygieny, a z pewnością usłyszą potwierdzenie słów naszych. Jeżeli w dni gorące zapragniemy cienia, to czyliż nie możemy go znaleźć w ogrodzie, w altanie, na tarasie, a w końcu po prostu w lesie?

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Jeżeli w pobliżu domu pędzi wartką falą szeroka i głęboka rzeka, a choćby cicha i skromna struga, to ileż wtedy rozkoszy czeka was i rodzinę waszą: kąpiel, przejażdżka w czółnie, rybołówstwo i t. p. oczywiście, mieszkając z dziećmi na wsi w blizkości rzeki, trzeba zawczasu przewidzieć możliwość nieszczęśliwych zdarzeń; w tym celu należy zaprowadzić w rodzinie bezwarunkową subordynacyę ze strony dzieci, nie pozwalając im na używanie uciech rzecznych bez opieki osób starszych. Dobrze jest wynaleźć sobie letnie mieszkanie z łazienką na rzece – wtedy i dozór nad dziećmi będzie o wiele łatwiejszy.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Przy wynajmowaniu letnich mieszkań należy zwrócić uwagę, ażeby miały na dziedzińcu skład na drzewo, lodownię i kurnik.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Ponieważ do wybierania mieszkań wyjeżdża się zwykle w dzień pogodny, t. j. wtedy, gdy niedokładności najmniej rzucają się w oczy, przeto, zanim się wręczy zadatek, dobrze jest zasięgnąć informacyi z boku, kto mieszkał tu poprzednio i w jakim stanie dom się znajduje.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Strzeżcie się wynajmować domy w pobliżu fabryk. Pomijając już czad, swąd i dymy fabryczne, którymi wypadnie oddychać wtedy, gdy wiatr będzie od strony fabryki, można mieć prawie pewność, że się będzie narażonym na wiele nieprzyjemności, zwłaszcza w dni świąteczne, ze strony robotników fabrycznych; ci ostatni jednak są o wiele jeszcze znośniejsi od tych biedaków, których wielkie miasta eksmitują do powiatu z mocy wyroków sądowych i administracyjnych; jakkolwiek bowiem powszechne jest mniemanie, że złodziej „swoich” współmieszkańców nie okrada, to jednak nie pardonuje on „letnikom,” których nieraz ogałaca ze wszystkiego, cokolwiek przedstawia jaką wartość.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

U nas mieszkania letnie są jeszcze w stanie bardzo pierwotnym. Od pań i tylko od pań z towarzystwa winnaby wyjść inicyatywa poprawy w tym względzie. A gdyby tak założyć stowarzyszenie „letniczek” – budować wzorowe domki na spłaty, urządzać w nich ogrody, prowadzić miniaturowe gospodarstwa, a nadewszystko ratować zdrowie swoje i dzieci swoich!

Mieczysław Rościszewski, Pani domu,. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Niezwykłe uroki letniego mieszkania dla dzieci zachwalał jeden z utworów zamieszczonych w „Wieczorach Rodzinnych”:

Obietnica wyjazdu na wieś wybornem była lekarstwem, zmartwienie Zosi jakby ręką odjął. Smuciły się natomiast koleżanki i przyjaciółki Zosi i Julci, które musiały pozostać w Warszawie. Niektóre z nich, prócz Mokotowa i Czerniakowa, wcale jeszcze wsi nie znały; pobyt na wsi widziały w nader różowych barwach, a w młodych ich główkach wieś, jej uroki i przyjemności, przedstawiały się piękniej i poetyczniej, niż we wszystkich sielankach śwjata. Zazdrościły tym wybranym istotom – Julci i Zosi, które cuda te niezadługo  w żywe oczy zobaczyć miały; same tymczasem musiały poprzestać na nadziei spacerów w aleje Jerozolimskie, do ogrodu Botanicznego, do Łazienek i może, może choć raz jeden za rogatki.

Władysław Nowicki, Na letniem mieszkaniu, w: „Wieczory Rodzinne”, 1880

 

Bohater opowiadania Klemensa Junoszy uzasadnia żonie nabycie folwarku właśnie oszczędnością na wyjazdach na letnie mieszkanie:
— Moja duszko, to kupno ma nawet swoję dobrą stronę — tłómaczył pan Michał, — coroku wyjeżdżamy na trzy miesiące letnie do Miłosny lub Jabłonny, płacimy za mieszkanie drogo, znosimy niewygody... no, więc dobrze będzie, gdy chociaż jedne lato przepędzimy u siebie pod własnym dachem.
— A to prawda.
— Będziesz miała swój dom, swój ogród, powietrze, wodę, mleko, kurczęta, szparagi, truskawki, wiśnie, masło, chleb, bułki i wszystko swoje własne; pod tym względem, o ile mi wiadomo, wieś to raj. I Jadwinia odżyje; teraz jest ona trochę mizerna i blada, ale niech-no się na wieś dostanie, nie poznasz jej...

Klemens Junosza, Folwark do sprzedania, w: „Tygodnik Mód i Powieści”, 1891