
Zakupy w sklepach
Zakupy w sklepach, zwłaszcza eleganckich, zdecydowanie różniły się od zakupów na targu. Na ten ostatni można było posłać służącą lub kucharkę, można jej też było zlecić zakup drobiazgów dla domu u pobliskiego kupca. Ale już takie rzeczy jak materiał na suknię, dodatki czy eleganckie drobiazgi pani wybierała osobiście. Sprzedawcy w takich lokalach umieli odpowiednio przyjąć klientki. Większe zakupy można było zamówić z dostawą do domu, było też możliwe późniejsze regulowanie płatności (które czasem okazywało się wielkim problemem dla kupca, jeżeli klient lub klientka przeliczyli się z własnymi możliwościami).
Sklep stanowił wprawdzie potencjalne źródło zarobku dla kobiet (jako właścicielka własnego lokalu lub jako tzw. panna sklepowa, rzadziej buchalterka), ale znaczna część społeczeństwa uważała handel za deklasację dla wyżej urodzonych.
W składach i magazynach osoby dobrze wychowane zachowują się grzecznie, bez przybierania pogardliwego tonu, gdyż w ten sposób postępując, nie doznają wzajemnej uprzejmości. Dalej nie wypada przewracać całego składu, aby w nim ostatecznie nic nie zakupić. W ogóle niezdecydowanie u kobiet w wyborze towarów jest oburzającem, a cierpliwość kupców nazwaćby można anielską cierpliwością.
Wanda Reichsteinowa-Szymańska, Poradnik dla młodych osób w świat wstępujących, ułożony dla użytku tychże przez Wielkopolankę, Poznań 1891
W sklepach. Wchodząc, należy się ukłonić i wyłożyć cel przybycia. Czas człowieka pracy – to złoto; zabierać mu go zbytecznie – jest to kradzież moralna. Trzeba być równie uprzejmą dla oficyalistów sklepowych, jak i dla właściciela; nie rujnować im całego sklepu dla nabycia jakiejś bagatelki. Oglądać tylko te przedmioty, które rzeczywiście chce się kupić.
Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów, Warszawa, 1904
Robiąc zakupy drobne, nie trzeba nigdy udawać wielkiej damy i nie fatygować składu odsyłaniem jakichś bagatelek do siebie; najzamożniejsza dama powinna sama takie bagatelne zakupy nieść w ręku – to jej bynajmniej nie ubliży; w razie zakupu większego, zostawia się swój adres, niezbyt nalegając na pośpiech w odesłaniu przedmiotu zakupionego.
Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów, Warszawa, 1904
Wiele magazynów umieszcza napis: „ceny stałe.” Jest to bardzo rozsądny zwyczaj, gdyż nic bardziej nie budzi podejrzenia i braku zaufania, jak ta konieczność targowania się do upadłego. A jednak trzeba umieć się targować; jest to talent bardzo ważny w życiu gosposi, nie wszędzie bowiem stałe ceny obowiązują i nieraz osoby mniej oględne płacą haracz całkiem zbyteczny. Targując się, trzeba to czynić w sposób nader uprzejmy; nie dawać do zrozumienia kupcowi, że jest złodziejem, przez brutalne ofiarowanie mu pół ceny, targiem krakowskim, jak to się praktykuje u nas za Żelazną Bramą. Nie mogąc dobić targu, lub uważając cenę za zbyt wygórowaną, wychodzimy ze sklepu z oświadczeniem n. p., że mniej przeznaczyliśmy na ten przedmiot; jeżeli kupiec będzie mógł ustąpić, to z pewnością nie wypuści nas ze sklepu; w przeciwnym razie widocznie kalkulacya kupiecka nie pozwala mu zrobić ustępstwa.
Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów, Warszawa, 1904
Z kupcami nie trzeba się wdawać w gawędy: dość jest być grzecznym, zwięzłym, bez wszelkiej familiarności.
Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów, Warszawa, 1904
Przykre jest położenie kupców nakazujące im zaspakajać wszelkie wymagania, a często i kaprysy kupujących z grzecznością uprzedzającą — nie należy więc przyjmować jej w pogardliwem milczeniu lecz przeciwnie za gorliwość, usłużność i stratę czasu uprzejmie dziękować.
Jak żyć z ludźmi? Popularny wykład zwyczajów towarzyskich. Wydanie trzecie, Warszawa, 1898
Towarzysząc na ulicy narzeczonej może młody człowiek zaproponować jej swoje ramię, a prowadząc ją powinien uważać by towarzyszka nie była potrącana przez przechodniów.
Wstępując za sprawunkami do sklepów może rachunki chwilowo za nią regulować. Za powrotem do domu powinna jednak panna natychmiast wyłożone przez narzeczonego pieniądze mu zwrócić, ten zaś powinien bez żadnych zastrzeżeń i wstawań zwrot przyjąć. Tego rodzaju zapewnienia jak: „porachujemy się później,“ lub „ach! między nami to zbyteczne!” — są w całem słowa znaczeniu nie właściwe i w złym tonie. Po za tem, powinien i to mieć na uwadze, że przyjemność płacenia będzie po ślubie — „cała po jego stronie.”
M.A. Zawadzki, Przewodnik zakochanych, czyli Jak zdobyć szczęście w miłości i powodzenie u kobiet? Z dołączeniem Rozmówek salonowych i towarzyskich i Zbioru listów miłosnych, Warszawa 1903
Raz, z pewną znajomą mi a bogatą damą wszedłem do sklepu. Płacąc za jakiś kupiony przedmiot, dama owa zbliżyła się do kasy. Nagle zauważyłem, że jej się brew dziwnie zciągnęła, a młoda kassyerka miała spuszczone oczy, wydając resztę pieniędzy. Rozeszły się, nie patrząc na siebie. Dowiedziałem się później, że to były dwie przyjaciółki. Ojciec panny przy kassie stracił był piękną fortunę i umarł. Panienką los miotał. jak wiatr liściem jesiennym. Przyjechała do miasta, po długich staraniach i przymieraniu z głodu, udało się jej znaleźć w pewnej dystrybucyi miejsce kassyerki. Dwie przyjaciółki spotkały się po paru latach niewidzenia — i — poznały się, lecz uboga teraz dziewczyna nie śmiała wyciągnąć pierwsza ręki do przywitania się, powstrzymało ją od tego znamienne zmarszczenie brwi kobiety szczęśliwszej.
Kazimierz Gliński, Przy kominku (Pogawędka), w: „Bluszcz”, 1904
— Czem mogę służyć szanownej pani — pyta arcyelegancki subjekt u Włodkowskiego, podchodząc do szeleszczącej jedwabiami pani Koci.
— Chciałabym coś na suknię.
— Raczy pani spocząć. Czy to ma być suknia wizytowa, czy kostyum?
– Wizytowa — coś niedrogiego a gustownego.
— Do usług. Zaraz przedstawię najświeższy genre. Mam tu coś wyjątkowego, prawdziwie okazyjne kupno, piękne, modne, praktyczne i wprost za bezcen.
— Nie, to mi się nie podoba, za ciemne.
— Może to?
– Nie, za jasne.
— Tu mam coś zupełnie świeżego. Nierozpoczęta jeszcze sztuka.
— Nie lubię krat.
– Może te prążki?... bardzo dystyngowane.
— Granatowe? Nie lubię tego koloru.
— To może ten bronzowy tissu?
— Bronzowy! Za dwadzieścia lat kupię bronzowy.
— Może to?
— Nie.
— A ten, łaskawa pani?
— Nie, nie... niech mi pan pokaże coś z jedwabnych materyi.
— Służę pani, najnowszy deseń.
— O, grochy, to się tak prędko opatrzy.
— Możeby pani wzięła czarną morę, to taka praktyczna suknia, zawsze elegancka.
— Mam już morową.
Przed panią Kocią leży stos materyałów. Subjekt się lekko niecierpliwi, ale z rezygnacyą rozwija coraz to nowe sztuki.
— Może pani weźmie grenadinę?... teraz bardzo modna, można mieć dwa spody, naprzykład jeden czarny, drugi kolorowy na odmianę.
— To noszone w tym roku?
— Bardzo, łaskawa pani.
— To proszę pokazać.
Do sklepu wchodzi Kunicka i staje obok Koci.
— Witam panią!
— Ach, to pani!... nie poznałam, jak się pani miewa?
— Dobrze, dziękuję. Pani coś pięknego kupuje?
— Chcę czegoś na suknię wizytową, może mi pani poradzi?
— I owszem.
Obie kobiety przerzucają znowu cały stos materyałów, wyciągają nitki, gniotą jedwab w ręku, patrzą pod światło, każą sobie zapalać gaz, wreszcie obie decydują, że ten „rose lila“ jest bardzo piękny i odpowiedni, i pani Kocia po długim targu każę sobie odciąć próbkę, żeby jeszcze w domu z mamą się naradzić. Subjekt choć zły i w duszy kinie, odcina z uśmiechem kawałek materyi i pakuje w kopertę.
Estewa, Kalejdoskop, w: „Bluszcz”, 1902
Najsłynniejszy sklep literatury polskiej to oczywiście mieszczący się przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie sklep galanteryjny „J. Mincel i S. Wokulski”.
Powóz stanął, lokaj zeskoczył z kozła i pomógł paniom wysiąść. Lecz gdy następnie otworzył z łoskotem drzwi do sklepu Wokulskiego, panna Izabela tak osłabła, że nogi zachwiały się pod nią. Przez chwilę chciała wrócić do powozu i uciec ztąd; wnet jednak opanowała się i, z podniesioną głową, weszła.
Pan Rzecki już stał na środku sklepu i, zacierając ręce, witał ją niskiemi ukłonami. W głębi pan Lisiecki, podczesując piękną brodę, okrągłemi i pełnemi godności ruchami, prezentował bronzowe kandelabry jakiejś damie, która siedziała na krześle. Mizerny Klejn wybierał laski młodzieńcowi, który na widok panny Izabeli szybko uzbroił się w binokle, — a pachnący heliotropem Mraczewski palił wzrokiem i sztyletował wąsikami, dwie rumiane panienki, które towarzyszyły damie i oglądały tualetowe cacka.
Naprawo ode drzwi, za kantorkiem, siedział Wokulski, schylony nad rachunkami.
Gdy panna Izabela weszła, młodzieniec oglądający laski, poprawił kołnierzyk na szyi, dwie panienki spojrzały na siebie, pan Lisiecki urwał w połowie swój okrągły frazes o stylu kandelabrów, ale zatrzymał okrągłą pozę, a nawet dama, słuchająca jego wykładu, ciężko odwróciła się na krześle. Przez chwilę sklep zaległa cisza, którą dopiero panna Izabela przerwała, odezwawszy się pięknym kontraltem:
— Czy zastałyśmy pana Mraczewskiego?...
— Panie Mraczewski!... — pochwycił p. Ignacy.
Mraczewski już stał przy pannie Izabeli, zarumieniony jak wiśnia, pachnący jak kadzielnica, z pochyloną głową, jak kita wodnej trzciny.
— Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.
— Numerek pięć i pół — odparł Mraczewski i już trzymał pudełko, które mu nieco drżało w rękach pod wpływem spojrzenia panny Izabeli.
— Otóż nie... — przerwała panna ze śmiechem — Pięć i trzy czwarte... Już pan zapomniał!...
— Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani pięć i trzy czwarte, będę służył, w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte, — dodał z lekkiem westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek — stanowczo zsuną się z rączek...
— Geniusz! — cicho szepnął pan Ignacy, mrugając na Lisieckiego, który pogardliwie ruszył ustami.
Dama siedząca na krześle zwróciła się do kandelabrów, dwie panny do tualetki z oliwkowego drzewa, młodzieniec w binoklach począł znowu wybierać laski i — rzeczy w sklepie przeszły do spokojnego trybu. Tylko rozgorączkowany Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał szuflady i wydobywał coraz nowe pudełka, tłómacząc pannie Izabeli, popolsku i pofrancusku, że nie może nosić innych rękawiczek tylko pięć i pół, ani używać innych perfum tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiać swego stolika innemi drobiazgami jak paryskiemi.
Bolesław Prus, Lalka, 1887
W sklepie zastał Wokulski tylko jednę osobę. Była to dama wysoka, w czarnych szatach, nieokreślonego wieku. Przed nią leżał stos neseserek: drewnianych, skórzanych, pluszowych i metalowych, prostych i ozdobnych, najdroższych i najtańszych, a — wszyscy subjekci byli na służbie. Klejn podawał coraz nowe neseserki, Mraczewski chwalił towar, a Lisiecki akompaniował mu ruchami ręki i brody. Tylko pan Ignacy wybiegł naprzeciw pryncypała.
(…)
I machinalnie przypatrywał się niezwykłej fizyognomii damy, która wybierała neseserki. Była ubrana skromnie, miała gładko uczesane włosy. Na jej twarzy białej i razem żółtej, malował się głęboki smutek; zpoza ust przyciętych wyglądała złość, a ze spuszczonych oczu błyskał czasami gniew, niekiedy pokora.
Mówiła głosem cichym i łagodnym, a targowała się jak stu skąpców. To było zadrogie, tamto zatanie; tu plusz stracił barwę, tam zaraz odlezie skórka, a owdzie ukazuje się rdza na okuciach. Lisiecki już cofnął się od niej rozgniewany, Klejn odpoczywał, a tylko Mraczewski rozmawiał z nią, jak z osobą znajomą.
Bolesław Prus, Lalka, 1887
