Boże Narodzenie świętowano tradycyjnie. Grudzień stał pod znakiem przygotowań zapasów na Wigilię i Święta (szanująca się gospodyni powinna stawiać na stole dania domowe, nigdy kupne), oraz sprzątania mieszkań i domów. Szykowano także prezenty, zwane gwiazdką lub kolędą (kolendą) – „Kurier Warszawski” informował np. panów, gdzie mogą kupić stosowne prezenty dla pań ze swojej rodziny. Publikowano też przed Świętami przeglądy nowych wydawnictw dla dzieci i młodzieży, by ułatwić wybór odpowiednich prezentów. Kolęda mogła też mieć jednak formę pieniędzy.

Kolędę należało dawać nie tylko krewnym, ale i służbie, a na folwarku dawano ją i dzieciom wszystkich zatrudnionych – w tym wypadku kolędą były zazwyczaj ubrania, najlepiej szyte osobiście przez panią domu i jej córki. Podobnie obdarowywano ubogich. „Kalendarz prac gospodarskich” zawarty w „Kolędzie dla gospodyń” Lucyny Ćwierczakiewiczowej przewidywał wprost „Wieczorami szyć kolendy dla dzieci, domowników i biednych”. Ze służbą dzielono się także wigilijnym opłatkiem.

 

(Art. nad) Odwilż popsuła nam sanną, a co gorsza sprawiła błoto, w czasie kiedy wszyscy biegają po mieście, to szukając podarunków na gwiazdkę, to szykując zapasy na Wigilję i Święta. O podarunki i o zapasy nie trudno, jest gdzie i w czem wybrać, byle było za co. Mówiliśmy już nieraz o tem, wspominaliśmy o zabawkach, o xiążeczkach, o ładnych przyborach na stoliczki, ale zapomnieliśmy o jednem, najważniejszem, o czem Damy nie zapominają nigdy; o tem, co dla niejednej może najważniejszą sprawą życia się wydaje – o stroju pięknych Pań naszych. Poczuwamy się zatem do winy i wielkim głosem, który upewniamy, że nie będzie głosem wołającego na puszczy, przypominamy Panom Mężom to, o czem oni doskonale wiedzą z różnych pośrednich i bezpośrednich domowych pogadanek, przymówek, spojrzeń, westchnień, a czasem i pieszczot, że Paniom brakuje sukien, kaftaników, szalów, koronek, kwiatów, a tu Karnawał się zbliża i będzie bardzo długi, i 49 wieczorów już się szykuje, nie mówiąc o balach i tygodniowych zebraniach. Przypominamy więc, że w Warszawie są ludzie dobrzy i grzeczni, którzy wyłącznie się dla płci pięknej poświęcili i myślą o tem tylko, jakby jej wszystkim wymaganiom zadosyć uczynić; którzyby radzi byli, ażeby wszystkie Damy były jak najpiękniejsze i starają się im wtem dopomódz, i ażeby wszystkie niesnaski domowe, jak najprędzej się wszędzie kończyły za pośrednictwem nowej sukni lub gustownych ubiorów z ich sklepu. Takimi czarodziejami są PP: Pękala, Zeltt, Włodkowski, Thonnes, Kwiatkowski, Zaleski; z wyrobów złotych PP. Wejnert, Bracia Jaroccy i t.p.; a obok nich są też i wróżki: Panie: Adela Hofman, Wilczyńska, Włodkowska, Sobolewska, dawna firma Klementyny, W. Frybes, Aurelja, które z misternych koronek, różnobarwnych wstęg i połyskujących axamitów, tworzą owe piękne ramki, tak przypadające do twarzyczek Dam naszych, a pomimo śniegu i mrozu przypominające wiosnę i lato wiązkami kwiatów i owoców – sztucznych. Pani Wilczyńska szczególniej, taki dobór tych kwiatów posiada. Ci więc czarodzieje, te wróżki, wybawią was, moi Panowie, z kłopotu; wdzięczne uśmiechy zadowolenia sprowadzą na drobne usteczka waszych Pań, a na horyzont waszego domowego pożycia, najpiękniejszą pogodę, choćby na dworze najgorsza panowała zawieja. Idźcie tylko jeszcze do PP: Loursa, Czajkowskiego, Czernera, Semadeniego, Clotina, Vincentego, Wedla, Ferrarego, obstalujcie wytworne ciasta, weźcie piękne bonbonierki, napełnijcie je wybornemi cukrami, dodajcie do tego owoców smażonych w cukrze, komputów, i różnych łakoci, w które składy PP. Rozmanitha, Stępkowskiego, Boąueta, Sowińskiego i Szulca obfitują, a za to będzie wam wolno raczyć się ostrygami, homardami, solami, i różnemi potworami morskiemi, i zapijać te delikatesy wszelkiego rodzaju winami, których piwnice tych Panów są pełne. Potraficie może nawet wyprosić, żeby wam wolno było pójść jeszcze na połówkę do P. Krzymińskiego, albo na Kapkę do P. Fukiera. Umiejcie tylko zasłużyć sobie na względy połowic waszych, mogącą się im podobać kolendą, a maleńkie wyskoki Wasze, przynajmniej przez pierwsze dni Święta, niewątpliwie na ich cierpliwe pobłażanie zasłużą.

Kurier Warszawski”, 1866

 

U nas w kraju podarki dają się na imieniny, na urodziny, i na tak zwaną gwiazdkę lub kolendę, to jest poczynając od wigilii świąt Bożego Narodzenia, aż do pierwszego stycznia. Dla dzieci stroi się drzewko na gwiazdkę i otacza się je zabawkami, cukierkami, pierniczkami itp. Starszym zaś osobom zwykle składają się prezenta w nowy rok.

Zwyczaje towarzyskie (Le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane, Kraków 1876

 

Te uroczystości, obchodzone w kółku rodzinnem, dziwny mają urok, lecz ja sądzę, że wówczas tylko, gdy wszystko się odbywa według dawnych zwyczajów, to jest, gdy panie domowe same do każdej rzeczy, przyłożą ręki, bo wówczas ta uczta, czyto wigilijna, czy wielkanocna, inne ma, szlachetniejsze znaczenie, nie jest już zwykłą biesiadą, z obficiej zastawionego jadła i napoju, lecz przybiera cechy prawdziwego święta rodzinnego. Nie pojmuję, jaką przyjemność sprawiać może święcone, złożone z wykwintnego pieczywa, zakupionego w cukierni, nie dziwię się też wcale, że dawne te zwyczaje w mieście wydają się ludziom uciążliwe i powoli są zarzucane.

Maria Julia Zaleska, Dwie siostry. Opowiadanie z życia młodych dziewcząt, 1888

 

Pogawędka przedświąteczna
I znów nadeszła pora że się zakrzątnąć musimy przy zbliżających się świętach, aby podług drogiej nam zawsze tradycyi, przygotować podarki dla naszego domowego otoczenia, a następnie zająć się urządzeniem wigilji i zaopatrzeniem domu w niezbędne na te dnie strucle i wszelkiego rodzaju bakalje. Przy coraz cięższych warunkach ekonomicznych i wzrastającej z każdym rokiem drożyźnie, nie róbmy zbytków nad możność. Niech te podarki, które naszym blizkim dajemy, będą zastosowane do ich potrzeb a będą pożyteczne: dzieciom nawet można połączyć pożytek z zabawą i przy niewielkiej ilości zabawek ofiarować to, cobyśmy im i tak kupić musieli. Nie silmy się nawet na kosztowne zabawki: dziecko byle czem się ucieszy, a dowiedzione jest, że im zabawka mniej kosztowna, tem się nią dziecko lepiej bawi.
Niejednokrotnie zwracałam uwagę, że ciasta domowe są smaczniejsze i tańsze od zakupywanych w cukierniach, która więc z pań chce posłuchać mojej rady i sama je urządzać zamierza, niech się z pieczeniem załatwi na parę dni przed wigilią, aby potem mieć potem czas na zajęcie się rybami oraz ostatecznymi domowymi porządkami. Ach! te ryby, jaka to nieprzyjemna rzecz chodzić samej je kupować, a mało jest pań w tak dobrych warunkach, aby przy średniej zamożności mogły mieć tak dobre kucharki i im powierzyć zakup tej niezbędnej potrawy w dzień wigilijny. Same więc zmuszone są tłoczyć się i wystawać całemi godzinami przy straganach.
Ponieważ zakupy te są rzeczą nieuniknioną, najlepiej jest załatwiać tę czynność w wilję Wigilji, aby służąca miała czas oporządzić ryby wieczorem nasolić je, bo ryba jest o wiele smaczniejsza, gdy dziś na jutro jest posolona, przełożona cebulą i przykryta aby nie wietrzała. Zupa rybna stanowi na Wigilję ważną potrawę, zwracam zatem uwagę mniej doświadczonych gospodyń, że chcąc mieć z ryb jedynie dobrą zupę, do czego zwykle bierze się ryby drobniejsze lub w gorszym gatunku, nastawiać je należy w zimnym lub zupełnie letnim smaku z włoszczyzny; przeciwnie ryba podana do jedzenia, wtenczas tylko jest smaczna i łupiąca, gdy się ją odrazu surową kładzie w smak gorący.

Paulina Szumlańska, Wskazówki i rady, Tygodnik Mód i Powieści, 1902

 

Nie było i niema po dziś dzień piękniejszej uroczystości rodzinnej, jak tradycyonalny obchód wigilijny. Z hasłem „Bóg się rodzi,” serca wszystkich opanowywa uczucie dziwnego rozradowania i rzewności. Z gwiazdki cieszą się równie starzy jak i młodzi, równie zamożni jak ubodzy, o których pierwsi poczytują sobie za obowiązek nie zapominać w tym dniu uroczystym. W Warszawie i większych miastach kraju urządzane bywają z powodu świąt Bożego Narodzenia bazary i jarmarki dobroczynne, na których kupcowe z towarzystwa posiadają własne sklepy, albo też zasiadają w sklepach kupców, ustępujących pewien rabat na cele dobroczynne.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Stół wigilijny zaścieła się u nas sianem, na pamiątkę żłoba Pańskiego, a uczta rozpoczyna się dopiero z pierwszą gwiazdką na niebie. Składa się ona zazwyczaj z wielkiej ilości potraw rybnych (sandacz, karp, szczupak i karaś), z sałaty śledziowej, kapusty z grzybami, kompotu z owoców suszonych, maku z półksiężycami i bakalii. Wszystko poprzedza dwa a niekiedy trzy gatunki zup, jak: rybna ze śmietaną, barszcz z uszkami i zupa migdałowa – specyał dziecinny.
Do stołu, zastawionego jak najwykwintniej, zasiada rodzina i domownicy, oraz ktośkolwiek z mniej zamożnych samotników, o których nigdy zapominać nie należy. Liczba osób przy stole musi być parzysta – istnieje bowiem przesąd, że w razie przeciwnym ktoś z obecnych zakończy życie w przeciągu następnego roku. Nic uroczystszego, jak dzielenie się opłatkiem, które odbywa się wtedy, gdy już wszyscy zgromadzą się przy stole. Opłatek leży na talerzu, przykrytym haftowaną serwetką; pani domu bierze talerz do ręki i wtedy wszyscy obecni wstają i zbliżają się do niej; ona zwraca się przedewszystkiem do osób najstarszych wiekiem, nie pomija męża, dzieci, nawet najdrobniejszych, i w końcu służby. Każdy wymawia życzenia szczęścia i pomyślności, niekiedy łza rzewna się uroni, niekiedy pocałunek zagłuszy wezbranie serca, poczem wszyscy, podzieliwszy się opłatkiem nawzajem pomiędzy sobą, zasiadają do uczty. Ta ostatnia ma charakter nadzwyczaj uroczysty; głos zabrać może tylko patryarcha rodziny na temat łączności i spójni; ożywienia w rozmowie mało. Dopiero pod koniec uczty młodzież zaczyna wyciągać słomki z pod obrusa, wróżąc sobie z ich barwy i długości powodzenie przyszłego życia. Po wsiach w kątach pokoju stoją niekiedy całe snopy zboża, na intencyę pomyślności całorocznej w zbiorach rolnych.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Ale otóż uczta skończona. Drzwi otwierają się do salonu, dziatwa wydaje okrzyk zachwytu. Pośrodku stoi choinka, ubrana zawczasu przez starsze dziewczęta i panią domu; zwieszają się z niej złocone orzechy, cukry, pierniki i różne ornamenta, w liczbie których pierwsze miejsce zajmują różnobarwne świeczki, zapalone przed samem otwarciem Sali. Niekiedy ktoś się przebiera za dziadka i, stojąc pod choinką, dzwoni. Dzieci lękają się. Objaśnia im się, że ponieważ były grzeczne, więc Bozia zesłała dobrego dziadka z podarunkami. Te ostatnie leżą na stole dookoła choinki lub w pobliżu. Następuje ich podział. Każdy z obecnych zostaje obdarowany odpowiednio. Gospodarstwo nie zapomniało i o służbie. Na tę kolendę czeka ona z upragnieniem, jak każdy człowiek biedny. Prezenty dają się takie, ażeby obdarowany nie narażał się na wydatek, a więc: chustki ciepłe, spódnice uszyte, kaftaniki i t. p. dla służby żeńskiej są najodpowiedniejsze. Naturalnie wartość podarunków zależy od zamożności gospodarstwa. Jeżeli niema choinki, to podarunki gwiazdkowe rozdawane bywają podczas uczty wigilijnej, a niekiedy leżą przy każdem nakryciu. Pani domu po wilii rodzinnej powinna wejrzeć w porządne nakrycie stołu służby, która w dniu tak uroczystym powinna dostać te same potrawy, co i państwo. Po wilii przyjętym jest zwyczaj wizytowania najbliższych znajomych, a o północy udawania się in gremio na Pasterkę.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Kolendę w gotówce robią sobie mąż i żona, rodzice i dzieci, państwo i służba, rodzice chrzestni i ich chrześniacy, wujowie, ciotki i ich siostrzenice i siostrzeńcy. Naszem zdaniem, najmilsza to i najstosowniejsza kolenda. Jeżeli się nie daje pieniędzy, to trzeba dać przedmiot użyteczny, czy coś z ubrania, bielizny, sreber stołowych, nakrycia i t. p.
W stosunkach zażyłych można posłać kosz wina, owoców, jakichś frykasów zagranicznych, puszkę kawioru i t. p.

Mieczysław Rościszewski, Księga obyczajów towarzyskich, Lwów 1905

 

Zaś starsza jej siostra przyrodnia Joanna, która Kasię uwielbiała (żyły w wielkiej ze sobą zgodzie), zajmowała się przypilnowaniem kucharki, sprawdzaniem gotowania. Na Wigilię zawsze był strudel, na Boże Narodzenie smażony tort jabłkowy z krojonymi migdałami i kasztanowy ze spodem czekoladowo-migdałowym, na Wielkanoc ciasta drożdżowe, lukrowane torty kruche z różą, przekładańce z przeróżnymi masami. Tradycja w domu ciotek była zachowana tak w dwunastu wigilijnych potrawach, w stole Wielkanocnym jak i w zapustnej kolacji. Robiło się to, co bywało u dziadków Pieniążków.

Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska, Dziwne jest serce kobiece…, Warszawa 2019

 

Przygotowania do Świąt zaczynało się od porządków w kredensie, przecieraniu porcelany, szkła i kryształów. Inne czynności spełniał lokaj i służące. Potem następowało wybieranie bakalii, łuskanie migdałów, tarcie czekolady, przygotowywanie konfitur. Z wielkim pietyzmem oczekiwano Świąt Bożego Narodzenia, gdyż u cioci Kasi była śliczna „włoska szopka” odziedziczona po dziadkach Pieniążkach. Była to duża szafa z XVIII wieku, na dole była komoda o trzech szufladach, a góra otwierana dwuskrzydłowo. Na skrzydle lewym wypalony „Hołd Trzech Króli”, na prawym „Ucieczka do Egiptu”, zaś wnętrze szafy za szkłem mieściło całą jasełkę w grocie ze żłóbkiem. Figurka Chrystusa z wosku, Matki Boskiej, Świętego Józefa z masy, mniej więcej półmetrowe ubrane w brokat, zaś największej wartości były figurki rzeźbione z drewna gruszkowego, poumieszczane na pagórkach dążące jako pastuszkowie do szopy Chrystusa. Czego tam nie było? Godzinami stać można było w zachwycie. Cudny szewczyk o charakterystycznej twarzy niósł parę butków dla Dzieciątka, drugi zaś siedział na zydlu i dratwą szył butki. Bednarz toczy beczkę swego wyrobu, a inny klęczał przy wyrobie beczki. Pasterze dźwigali jagnięta, barany i capy. Tu znowu z kobiałki wyglądały sery, tam jajka, a tam dwa kogutki. Po pagórkach skakały kozy i barany. Wszystkie figurki na 25 cm wysokie, precyzyjnie wyrzeźbione, doskonale uchwycone w ruchu. Zda się, że słychać było dźwięk gęślików i innych instrumentów muzycznych, z którymi biegła ta rzesza, by rozweselać Dzieciątko (Szopka ta miała wielką wartość artystyczną uznaną przez słynnego znawcę tych rzeczy Juliana Pagaczewskiego patrz jego broszurka „Jasełka” w Polsce). Testamentem mej ciotki została przekazana do Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Był czas, że bardzo żałowałam, że ta pamiątka rodzinna nie została u nas. Dzisiaj jednak widzę, że dobrze się stało, pozostałaby bowiem na zatracenie, tak jak wiele innych cennych pamiątek. W Boże Narodzenie u ciotek moich nie było choinki, dary gwiazdkowe składane były przed szopką. Szopka stała w stołowym pokoju. Przed Wigilią, gdy mieliśmy zasiąść do Wieczerzy ciocia Kasia otwierała szopkę, świeciła przed nią wielki kandelabr, cała Rodzina wraz ze służbą i domownikami klękała przed szopką i modliła się. Szopka była stale otwarta w czasie Świąt aż do drugiego lutego, przed nią śpiewało się kolędy, a ciocie moje w okresie świąt odmawiały swe pacierze ranne i wieczorne. Drugiego lutego w dzień Matki Bożej Gromnicznej, następowało pożegnanie Dzieciątka, odśpiewanie kolęd i zamknięcie aż do następnej wigilii. Klucz był schowany u Cioci Kasi. W czasie roku wyjątkowo otwierano szopkę dla pokazania jakiemuś bardzo godnemu gościowi. W czasie Wigilii przestrzegano, by osób było do pary, gdy brakowało, brano kogoś biednego. Pamiętam, że kiedyś zasiadła do Wigilii córeczka stróża z kamienicy. Obdarowywani byli przez ciocię wszyscy domownicy. Ustalony porządek potraw był ściśle zachowany, nie brakło siana pod obrusem, snopków zboża w rogach pokoju i długiej strucelki – Chrystusika na stole, zaś po wieczerzy tradycyjnych bakalii.

Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska, Dziwne jest serce kobiece…, Warszawa 2019

 

Mamusia Męża pozostaje u nas na Święta Bożego Narodzenia, na które przyjeżdża siostra moja Janina z mężem doktorem Stanowskim Zygmuntem (wyszła za mąż dnia 30.IX.1900r. w Krakowie). Pierwsza Wigilia we własnym domu napawała mnie wielkim szczęściem. Ciocia Kasia przysłała wielką skrzynię pomarańcz, daktyli, fig, migdałów, rodzynków i różnorodnych bakalij. Pieczeniem na Święta zajmowała się Mama tym więcej, że było to wkrótce po porodzie. Mama w swej delikatności, nie chcąc się samodzielnie rządzić, przyszła do mnie z zapytaniem: „Jak ty Zosieńko pieczesz strucle z makiem, masą orzechową i migdałową?, powiedz mi, to ja tak samo zrobię...”  Gorąco mi się zrobiło, przecież ja jeszcze nigdy tych rzeczy nie piekłam a u Ciotek moich jedynie obierałam migdały, orzechy, lecz nie interesowałam się w jaki sposób się to przyprawia. W słowach Mamusi delikatnych widziałam jedynie wymówkę i obowiązek, że ja powinnam to umieć. Nie zdradziłam się wtedy, jak mnie to bardzo obeszło i powiedziałam spokojnie: „Proszę niech Mamusia tak zrobi, jak zawsze robi”. „No ale ja chcę byś była zadowolona”. „Z pewnością będzie doskonale”. Ale w tej chwili postanowiłam, że muszę sama nauczyć się tej sztuki. Posprawiałam sobie wiele cennych książek „Wyborowe pieczenie” Makarewiczowej, całą Norkowską i inne, a i Mama przysłała mi swe pyszne przepisy.

Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska, Dziwne jest serce kobiece…, Warszawa 2019

 

Pierwsze „Boże Narodzenie” nałożyło na mnie znowu nowe obowiązki związane z tradycyjnymi zwyczajami. Trzeba było upiec strucle, nie tylko dla ludzi, którzy byli na stole, ale też dla wszystkich ordynariuszy, nie wyłączając karbowego, polowego, kowala i innej hierarchii służbowej. Każda strucla musiała być zrobiona z garnca mąki, czyli z czterech litrów mąki pszennej, najładniejszej. Ciasto słodkie, drożdżowe, podobne jak kołacze, ze wszystkimi korzeniami, cynamonem, goździkami. Strucle przy wkładaniu do pieca od razu formowane na specjalnej, długiej łopacie. Strucle te trzeba było kilka razy w piec wsadzać, gdyż mimo, że piec pomieścił do 40 bochenków, długich strucli niewiele naraz wejdzie. Wszystkie strucle sama formowałam na łopacie.

Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska, Dziwne jest serce kobiece…, Warszawa 2019

 

Po Wigilii poszliśmy pod pałac państwa Dunikowskich i zaśpiewaliśmy pod oknami kolędy „Wśród nocnej ciszy” i „W dzień Bożego Narodzenia”, gdy otworzyły się drzwi ukazał się w nich lokaj Antoni i zadziwiony poprosił nas do wnętrza. Złożyliśmy życzenia, bo były to też imieniny pana Dunikowskiego. W pierwsze święto pojechaliśmy z  Antosiem i Janusiem do Piątkowej, a na imieniny mego męża Helunia z Hieronimem przyjechali do nas.

Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska, Dziwne jest serce kobiece…, Warszawa 2019

 

Do tradycyjnej wieczerzy wigilijnej zasiadało w Dereszewiczach zwykle około dwudziestu osób. Stół był długi, rozciągnięty, zasłany pięknym obrusem na pachnącym sianie. Duże dwa srebrne kandelabry na stole. W dwóch rogach pokoju snopy zboża. Po czterech rogach stołu tradycyjne talerze z niejadalnymi, jak mówiliśmy, dzieci, paskudztewkami, zwanymi kutja. Menu: 1. kwasek zabielany z uszkami z grzybów; 2. szczupak duży w całku po polsku, czyli z jajkiem; 3. leszcz smażony nadziewany kaszą gryczaną; 4. łamańce z makiem; 5. kompot z suszonych gruszek i jabłek; 6. kisiel z mlekiem makowym i migdałowym do wyboru. Do tego starka i wina czerwone i białe, zwykle krajowe. Herbata i kilka gatunków przeróżnych strucli i moc przywiezionych zwykle z Pińska rozmaitych bakalii.
Po wieczerzy zapalenie choinki, bardzo gustownie ubranej, tym razem przez Fraulein Louise Othmer, nauczycielkę Dziuni, i rozdawanie przez mamę różnych upominków dla młodzieży. Przy choince śpiewano kolędy. O ile mój ojciec dbał bardzo o tradycję i wymagał, by co roku było to samo menu na wieczerzy wigilijnej i rozkoszował się kolędami, o tyle nie cierpiał choinki. Twierdził, że to zwyczaj niemiecki. Z dawnych moich lat dziecinnych pamiętam, choinka urządzana zwykle bywała w sali na starej górze. Nigdy mój ojciec nie bywał obecny.

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu… Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, 1989

 

Mój dziadek nie znosił choinki i twierdził, że to obyczaj niepolski, ale niemiecki, więc od najdawniejszych lat przygotowywano ją ukradkiem w sali jadalnej nowego domu, gdzie po pierwszej uroczystości w wieczór wigilijny stała długo, połyskując srebrnymi łańcuchami i rozsiewając dookoła zapach jabłek i igliwia.
Otrzymywałyśmy z Dziunią bardzo dużo ładnych prezentów, ale tak często bywałyśmy obdarzane w ciągu roku, że nie czekałyśmy na nie z tym podnieceniem, jakie utarło się wśród dzieci innych krajów i późniejszego pokolenia. Przy kutii łamano się opłatkiem i zjadano tradycyjne potrawy, powszechnie uważane za bardzo złe.

Janina z Puttkamerów Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie, Londyn 1998

 

Na Wigilię zaprosiłam sześć osób, a potem przyjdzie jeszcze kilka na orzechy. Będziemy ubierać choinkę cukierkami, które mam jeszcze z Warszawy.

Gabriela Zapolska, List z 17.12.1898, z Krakowa do Ludwika Szczepańskiego

 

Najgłębiej zapisała się w mych wspomnieniach Wigilia. Z rana obchodziliśmy imieniny mamusi, która nosiła imię matki rodzaju ludzkiego. Składaliśmy naszej mamie życzenia, laurki i prezenty. Obiadu w tym dniu nie było. Herbata, śledź i kartofle w mundurkach. Tak było zawsze, zgodnie z tradycją. Wszyscy byli zajęci w kuchni, pomagając przy sporządzaniu pokarmów. Kiedy zapadał zmrok, wybiegaliśmy co chwila na dwór, aby zobaczyć, czy gwiazdka nie wzeszła. Kiedy nareszcie się ukazała, pędem biegliśmy z wiadomością: „Mamusiu, już jest!”
W międzyczasie nakrywano do stołu. Pod białym obrusem – sianko. Na drewnianym talerzu, ozdobionym w piękne kłosy i napis: „Czym chata bogata, tym rada” – bochen chleba. Na małym talerzyku opłatek z pięknym obrazkiem. Gdy już wszystko było gotowe, odświętnie ubrani otaczamy stół. Rodzice dzielą się z nami opłatkiem i składają życzenia. Potem siadamy do wieczerzy w ciszy i skupieniu. Szybko nasycamy głód i każdy z nas myśli, co się dzieje w salonie. A było się nad czym zastanawiać. Czekało tam na nas Boże drzewko.
Po wieczerzy rodzice szli do salonu przygotować choinkę. Nam nie wolno było tam wchodzić. Ale cóż? Wielka jest potęga ludzkiej ciekawości! Pod drzwiami był wytarty próg i szparą przenikało światło. Kładliśmy się na podłodze, przywierając ślepkami do owej szpary. Co chwila któreś z nas szeptało: „widzę, widzę!”, ale to tylko na przekór jedno drugiemu, bo i cóż można było zobaczyć? Chyba tylko przesuwające się cienie.
Nareszcie dzwonek! Drzwi się otwierają i dzieciarnia wpada do środka. Wszyscy olśnieni widokiem choinki, na które płoną kolorowe świeczki. Mienią się w blaskach różnobarwne, błyszczące kule, wzbudzają zachwyt ozdoby, słodycze i inne niewypowiedziane cudeńka. Pod choinką stos podarunków: zabawki, książki i inne przedmioty, często bardzo praktyczne i służące do codziennego użytku. Spoglądaliśmy na dary pełni różnorodnych uczuć. Co chwila radosne okrzyki: „Moje najładniejsze!” Rzucaliśmy się rodzicom na szyję, pełni szczęścia i radości.
Ojciec zasiadał do fortepianu i rozpoczynały się kolędy, mamusia rozdawała orzechy, pierniki i inne rozkosze. Potem dzieci szły spać, a rodzie ze starszym rodzeństwem udawali się na Pasterkę.

Sabina Dembowska, Na każde wezwanie. Wspomnienia lekarki, Warszawa 1982

 

Uczta wigilijna w naszym domu była tradycyjna, postna, z kutią, grzybową zupą z uszkami, szczupakiem po żydowsku, łamańcami, kompotem ze śliwek i jabłek suszonych. Siano pod obrusem i cztery snopki zboża w czterech rogach gabinetu ojca, w tym okresie służącego za jadalnię. Przed wilią rodzice, a następnie sam ojciec, ze starszą siostrą, schodzili do suteren, gdzie stały stoły zastawione dla służby, i łamali się opłatkiem, potem z nami. Następowała chwila oczekiwania, chwila osobliwa, nagle otwierały się na oścież drzwi do jadalni, gdzie stała na długim stole ustawionym w poprzek sali rozłożysta choinka, aż po sufit, w blasku świeczek, pod choinką podarunki, każdy miał swoje miejsce albo stolik: rodzice, nauczycielki i goście również, pod oknem stół z bakaliami. Następnie schodziła się służba domowa i stajenna po swój podarunek słodyczy.

Maria Czapska, Europa w rodzinie, Kraków 2014

 

Boże Narodzenie było zawsze obchodzone bardzo uroczyście. Ekonomowie czterech folwarków przyłuckich i dalszego klucza Samuelowa i Karolowa mieli zlecone sporządzenie dokładnych spisów służby folwarcznej, z wyliczeniem imion dzieci i ich wieku, do lat czternastu. Szyto dla nich w domu: sukienki, spodenki, koszule, kurtki, przeważnie barchanowe albo perkalowe; dla niemowląt były czepki włóczkowe naszej fabrykacji. To wszystko wiązano w paczki, składano do koszów i rozsyłano po folwarkach. Zdaje mi się, że nie popełniano po drodze żadnych nadużyć. Cała służba domowa i stajenna dostawała po worku z bakaliami, a ponadto prezent indywidualny, zawsze coś z ubrania, dla kobiet materiał na suknię lub bluzkę, szalik albo pończochy, dla mężczyzn: koszula, rękawiczki, skarpetki itp. Potem, przy akompaniamencie mamy, w radosnym nastroju, śpiewaliśmy kolędy pod jaśniejącą choinką.
„Nasze Boże Narodzenie było piękne i wesołe, jak zwykle – pisała mama – z wszystkimi drogimi dziećmi w dobrym zdrowiu. W sumie trzysta sześćdziesiąt dwie osoby zostały obdarowane. Jerzy ofiarował mi prześliczną suknię i wspaniały wachlarz...”

Maria Czapska, Europa w rodzinie, Kraków 2014

 

Na parę dni przed świętami okna w bibliotece były zasłonięte płóciennymi storami, a drzwi na klucz zamknięte. Chodziliśmy zemocjonowani i niespokojni, czy aniołki przyniosą drzewko.
Muszę tu dodać, że dziś panuje słuszne przekonanie i wszyscy księża je podzielają, że nie powinno się dzieciom mówić, ze to Aniołki przynoszą drzewko, bo dziecko łączy przeżycie religijne z kłamstwem i prędzej czy później przekonuje się, że go okłamano. U wielu dzieci może to wywołać wstrząs moralny i nawet żal do rodziców za to, że je oszukiwano.
Wilią wilii, rano na bufecie w jadalni leżała już monumentalna strucla, prawie metrowej długości, a w kątach pokoju stały snopy zboża. Wołano też nas zawsze do kuchni, gdzie w dużym „szafliku”, czyli cebrze pływały ryby z Sanu: kolosalne szczupaki, liny i karpie ze stawu.
Dziadek, który znakomicie znal francuski język i często w rodzinie go używał, droczył się z nami: „ Je ne vois pas de preparatifs. Nie widzę przygotowań”. Nie wiadomo co będzie z drzewkiem? Czasami Ciocia Gabryjelka cieniutkim głosikiem śpiewała kolendy w bibliotece, a myśmy przez dziurkę od klucza zaglądali, chcąc podpatrzeć te duchy niebieskie.
W dzień wilii obiadu się nie jadło, tylko jakieś pieczone kartofle i sardynki, a wcześnie po południu Tekluńcia brała nas do dziecinnych pokoi, aby nas ubrać w odświętne sukienki, często prezenty od dziadzia z Wiednia.
Byliśmy wtedy wzorowo grzeczni i spokojni; w zielonym saloniku wtuleni w kąt za pluszowym, zielonym stolikiem, oczekiwaliśmy błogosławionej chwili wilii.

Kinga z Trzecieskich Moysowa, Pamiętnik, tom I, lata 1902 – 1907

 

O szóstej zbierano się w jadalni. Mam w oczach wyraźnie ten długi, niski pokój, na ścianach pociemniałe portrety, długi stół nakryty pięknym obrusem, siano pod nim, ładne, srebrne kandelabry i białe opłatki na strucli na środku stołu.
Rodzice brali opłatki i łamali się nimi ze wszystkimi, a potem szli do służby, która była zebrana przy swoim stole wigilijnym w „Kredensie”.
Menu wieczerzy wigilijnej składało się z tradycyjnych potraw jak zupa rybna, barszcz, kilka rodzajów ryb, z których niektóre były tak duże, że je podawano nie na półmiskach, ale na deskach owiniętych serwetą. Był też kompot z suchych śliwek, kutia z pszenicy i hiszpański tort.
Wedle tradycji miało być 12 potraw, ale przeszło polowa odchodziła nietknięta do Kredensu dla służby, która podczas wilii wielkim głosem kolendowała.
Pod koniec wilii, my dzieci, jużeśmy nie mogli nic jeść, a oczy nasze były wlepione w drzwi biblioteki. Jeszcze chwila po wilii, jeszcze moment ciszy i nagle srebrzysty dźwięk dzwonka, niezapomniany do dziś i drzwi biblioteki otwierały się szeroko.
Drzewko jak zjawisko nieziemskie ukazywało się naszym zachwyconym oczom. Ale bo też to było drzewko, o którym obecne dzieci marzyć nie mogą. Wysokie do sufitu, spowite w błyszczące złote i srebrne łańcuchy, obwieszone cudnym świecidełkami mieniącymi się jak tęcza. Złocone orzechy, koszyczki ze srebrnej siatki, gwiazdy, postacie anielskie, cukierki owinięte w kolorowy staniol, duże korale z błyszczącego szkła, ptaszki, zwierzątka z czekolady i marcepanu, kolorowe świeczki, to wszystko czyniło z pachnącej lasem i żywicą jodełki przecudne, barwne zjawisko.
Pod drzewkiem leżały prezenty dla dzieci, zawsze bardzo ładne lalki duże (raz pamiętam dostałam taką krakowiankę i wyprawkę dla niej w dużej szkatule), salonik dla lalek, dla chłopców kolejki, narzędzia, śliczne klocki kamienne do budowania itp. Twierdzę stanowczo, że chwila wilii, a potem chwila, gdy oczom dzieci ukazuje się choinka i prezenty pod nią ułożone, to chwile prawdziwego, pełnego szczęścia, jakiego człowiek już w późniejszym życiu nie zazna.
Poczciwi Rodzice i Dziadkowie cieszyli się też naszym szczęściem, ale Mama, która bardzo lubiła kolendy, kazała kolendować i to zaraz, pod choinką. Ojciec zasiadał do fortepianu i z pełnej, ufnej i wezbranej piersi kolendowaliśmy przy akompaniamencie fortepianu. Umieliśmy tych kolend bez liku: kościelnych i ludowych pastorałek. Służba przychodziła z Kredensu i brała udział w tym śpiewie. Czasem gałązka zajęła się od świeczki i pokój napełniał się przemiłym zapachem spalonej jedliny tak żywo przypominającym te piękne, całe życie niezapomniane i niepowrotne chwile, wolne od wszelkich przeczuć tego, co życie człowiekowi przyniesie.
Powoli świeczki dopalały się, my dzieci, szliśmy, niosąc nasze nowe skarby do salonu, gdzie ogień na kominku trzaskał, a my, mimo senności staraliśmy się nie zasnąć, aby móc pójść na Pasterką, na której już jako siedmioletnie dziecko byłam.

Kinga z Trzecieskich Moysowa, Pamiętnik, tom I, lata 1902 – 1907

 

Wieczór Św. Szczepana to był wieczór kolendników i szopek. Przez parę godzin z rzędu, mniej więcej od 6 tej do 9 tej wieczorem, gdyśmy siedzieli w salonie z gośćmi, ciągle przychodzili chłopcy wiejscy z szopką lub gwiazdą ruchomą z przeźroczystych kolorowych papierów. Niektóre szopki były naprawdę ładne i duże. Kryte słomą, postacie z papieru naklejane, a okienka najczęściej z czerwonej żelatyny.
Chłopcy wzajemnie rywalizowali w urządzaniu szopek i gwiazd. Korytarz za naszą jadalnią koło kredensu był „sceną”, na której odbywały się wokalne popisy kolendników z szopkami i tzw. „turem”. Ci ostatni byli to przeważnie dorośli lub dorastający chłopcy, poprzebierani za króla Heroda, śmierć, żyda, diabła i inne klasyczne postacie polskiej szopki. Król Herod nosowym monotonnym głosem skazywał na śmierć dzieci betleemskie, żyd z ogromnym garbem na plecach i konopną brodą mu nadskakiwał i na zapytanie Heroda: „Żydzie, gdzie się rodzi Bóg”, odpowiadał przeciągłym, żydowskim akcentem:” Ny! Bób to się rodzi jaśnie panu na Żydowskiej Górze” Potem śmierć zcinała głowę Heroda, a diabeł ciągnął go do piekła.
Bardzo typową postacią tych prymitywnych jasełek był tzw. „Tur”. Chłopiec zgięty w pół i nakryty jakimś ciemnym kocem miał głowę w kształcie głowy bydlęcej, z długim, kłapiącym pyskiem. Pamiętam, że bałam się tego tura w dzieciństwie, bo groźnie kłapał pyskiem i obiecywał, że dzieci pozjada; bałam się też śmierci owiniętej prześcieradłem trzymającą długą drewnianą kosę. Moja matka, która bardzo zwalczała bojaźliwość u dzieci, gniewała się na mnie za to i starała się przekonać, że to nie jest ani prawdziwy tur, ani śmierć.
Po śmierci herodowej i otrzymaniu kilku „szóstek”, kolendnicy odchodzili ze śpiewem: ”Wiwat, wiwat już idziemy, za kolendę dziękujemy”. Często mój Ojciec, w przystępie dobrego humoru, śpiewał im: „ A dajcież nam dajcież co nam macie dać, bo nie będziemy tutaj dłużej stać i będziem wygadywali, że nam tutaj nic nie dali. Hej kolenda!”
Gdy już przestałam się bać, że mnie tur zje, albo śmierć głowę zetnie, lubiłam bardzo te starą tradycją tchnące „przedstawienia” kolendników, o ileż bardziej charakterystyczne niż te, które dziś chłopcy wiejscy w okresie świąt urządzają.

Kinga z Trzecieskich Moysowa, Pamiętnik, tom I, lata 1902 – 1907

 

 

Na podobny temat: Wieczerza wigilijnaWypieki bożonarodzeniowe, ChoinkaKolęda (prezenty świąteczne)