Boże Narodzenie świętowano tradycyjnie. Grudzień stał pod znakiem przygotowań zapasów na Wigilię i Święta (szanująca się gospodyni powinna stawiać na stole dania domowe, nigdy kupne), oraz sprzątania mieszkań i domów. Szykowano także prezenty, zwane gwiazdką lub kolędą (kolendą) – „Kurier Warszawski” informował np. panów, gdzie mogą kupić stosowne prezenty dla pań ze swojej rodziny. Publikowano też przed Świętami przeglądy nowych wydawnictw dla dzieci i młodzieży, by ułatwić wybór odpowiednich prezentów. Kolęda mogła też mieć jednak formę pieniędzy.

Kolędę należało dawać nie tylko krewnym, ale i służbie, a na folwarku dawano ją i dzieciom wszystkich zatrudnionych – w tym wypadku kolędą były zazwyczaj ubrania, najlepiej szyte osobiście przez panią domu i jej córki. Podobnie obdarowywano ubogich. „Kalendarz prac gospodarskich” zawarty w „Kolędzie dla gospodyń” Lucyny Ćwierczakiewiczowej przewidywał wprost „Wieczorami szyć kolendy dla dzieci, domowników i biednych”. Ze służbą dzielono się także wigilijnym opłatkiem.

 

(Art. nad) Odwilż popsuła nam sanną, a co gorsza sprawiła błoto, w czasie kiedy wszyscy biegają po mieście, to szukając podarunków na gwiazdkę, to szykując zapasy na Wigilję i Święta. O podarunki i o zapasy nie trudno, jest gdzie i w czem wybrać, byle było za co. Mówiliśmy już nieraz o tem, wspominaliśmy o zabawkach, o xiążeczkach, o ładnych przyborach na stoliczki, ale zapomnieliśmy o jednem, najważniejszem, o czem Damy nie zapominają nigdy; o tem, co dla niejednej może najważniejszą sprawą życia się wydaje – o stroju pięknych Pań naszych. Poczuwamy się zatem do winy i wielkim głosem, który upewniamy, że nie będzie głosem wołającego na puszczy, przypominamy Panom Mężom to, o czem oni doskonale wiedzą z różnych pośrednich i bezpośrednich domowych pogadanek, przymówek, spojrzeń, westchnień, a czasem i pieszczot, że Paniom brakuje sukien, kaftaników, szalów, koronek, kwiatów, a tu Karnawał się zbliża i będzie bardzo długi, i 49 wieczorów już się szykuje, nie mówiąc o balach i tygodniowych zebraniach. Przypominamy więc, że w Warszawie są ludzie dobrzy i grzeczni, którzy wyłącznie się dla płci pięknej poświęcili i myślą o tem tylko, jakby jej wszystkim wymaganiom zadosyć uczynić; którzyby radzi byli, ażeby wszystkie Damy były jak najpiękniejsze i starają się im wtem dopomódz, i ażeby wszystkie niesnaski domowe, jak najprędzej się wszędzie kończyły za pośrednictwem nowej sukni lub gustownych ubiorów z ich sklepu. Takimi czarodziejami są PP: Pękala, Zeltt, Włodkowski, Thonnes, Kwiatkowski, Zaleski; z wyrobów złotych PP. Wejnert, Bracia Jaroccy i t.p.; a obok nich są też i wróżki: Panie: Adela Hofman, Wilczyńska, Włodkowska, Sobolewska, dawna firma Klementyny, W. Frybes, Aurelja, które z misternych koronek, różnobarwnych wstęg i połyskujących axamitów, tworzą owe piękne ramki, tak przypadające do twarzyczek Dam naszych, a pomimo śniegu i mrozu przypominające wiosnę i lato wiązkami kwiatów i owoców – sztucznych. Pani Wilczyńska szczególniej, taki dobór tych kwiatów posiada. Ci więc czarodzieje, te wróżki, wybawią was, moi Panowie, z kłopotu; wdzięczne uśmiechy zadowolenia sprowadzą na drobne usteczka waszych Pań, a na horyzont waszego domowego pożycia, najpiękniejszą pogodę, choćby na dworze najgorsza panowała zawieja. Idźcie tylko jeszcze do PP: Loursa, Czajkowskiego, Czernera, Semadeniego, Clotina, Vincentego, Wedla, Ferrarego, obstalujcie wytworne ciasta, weźcie piękne bonbonierki, napełnijcie je wybornemi cukrami, dodajcie do tego owoców smażonych w cukrze, komputów, i różnych łakoci, w które składy PP. Rozmanitha, Stępkowskiego, Boąueta, Sowińskiego i Szulca obfitują, a za to będzie wam wolno raczyć się ostrygami, homardami, solami, i różnemi potworami morskiemi, i zapijać te delikatesy wszelkiego rodzaju winami, których piwnice tych Panów są pełne. Potraficie może nawet wyprosić, żeby wam wolno było pójść jeszcze na połówkę do P. Krzymińskiego, albo na Kapkę do P. Fukiera. Umiejcie tylko zasłużyć sobie na względy połowic waszych, mogącą się im podobać kolendą, a maleńkie wyskoki Wasze, przynajmniej przez pierwsze dni Święta, niewątpliwie na ich cierpliwe pobłażanie zasłużą.

„Kurier warszawski”, 1866

 

U nas w kraju podarki dają się na imieniny, na urodziny, i na tak zwaną gwiazdkę lub kolendę, to jest poczynając od wigilii świąt Bożego Narodzenia, aż do pierwszego stycznia. Dla dzieci stroi się drzewko na gwiazdkę i otacza się je zabawkami, cukierkami, pierniczkami itp. Starszym zaś osobom zwykle składają się prezenta w nowy rok.

Zwyczaje towarzyskie (Le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane, Kraków 1876

 

Te uroczystości, obchodzone w kółku rodzinnem, dziwny mają urok, lecz ja sądzę, że wówczas tylko, gdy wszystko się odbywa według dawnych zwyczajów, to jest, gdy panie domowe same do każdej rzeczy, przyłożą ręki, bo wówczas ta uczta, czyto wigilijna, czy wielkanocna, inne ma, szlachetniejsze znaczenie, nie jest już zwykłą biesiadą, z obficiej zastawionego jadła i napoju, lecz przybiera cechy prawdziwego święta rodzinnego. Nie pojmuję, jaką przyjemność sprawiać może święcone, złożone z wykwintnego pieczywa, zakupionego w cukierni, nie dziwię się też wcale, że dawne te zwyczaje w mieście wydają się ludziom uciążliwe i powoli są zarzucane.

Maria Julia Zaleska, Dwie siostry. Opowiadanie z życia młodych dziewcząt, 1888

 

Nie było i niema po dziś dzień piękniejszej uroczystości rodzinnej, jak tradycyonalny obchód wigilijny. Z hasłem „Bóg się rodzi,” serca wszystkich opanowywa uczucie dziwnego rozradowania i rzewności. Z gwiazdki cieszą się równie starzy jak i młodzi, równie zamożni jak ubodzy, o których pierwsi poczytują sobie za obowiązek nie zapominać w tym dniu uroczystym. W Warszawie i większych miastach kraju urządzane bywają z powodu świąt Bożego Narodzenia bazary i jarmarki dobroczynne, na których kupcowe z towarzystwa posiadają własne sklepy, albo też zasiadają w sklepach kupców, ustępujących pewien rabat na cele dobroczynne.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Stół wigilijny zaścieła się u nas sianem, na pamiątkę żłoba Pańskiego, a uczta rozpoczyna się dopiero z pierwszą gwiazdką na niebie. Składa się ona zazwyczaj z wielkiej ilości potraw rybnych (sandacz, karp, szczupak i karaś), z sałaty śledziowej, kapusty z grzybami, kompotu z owoców suszonych, maku z półksiężycami i bakalii. Wszystko poprzedza dwa a niekiedy trzy gatunki zup, jak: rybna ze śmietaną, barszcz z uszkami i zupa migdałowa – specyał dziecinny.
Do stołu, zastawionego jak najwykwintniej, zasiada rodzina i domownicy, oraz ktośkolwiek z mniej zamożnych samotników, o których nigdy zapominać nie należy. Liczba osób przy stole musi być parzysta – istnieje bowiem przesąd, że w razie przeciwnym ktoś z obecnych zakończy życie w przeciągu następnego roku. Nic uroczystszego, jak dzielenie się opłatkiem, które odbywa się wtedy, gdy już wszyscy zgromadzą się przy stole. Opłatek leży na talerzu, przykrytym haftowaną serwetką; pani domu bierze talerz do ręki i wtedy wszyscy obecni wstają i zbliżają się do niej; ona zwraca się przedewszystkiem do osób najstarszych wiekiem, nie pomija męża, dzieci, nawet najdrobniejszych, i w końcu służby. Każdy wymawia życzenia szczęścia i pomyślności, niekiedy łza rzewna się uroni, niekiedy pocałunek zagłuszy wezbranie serca, poczem wszyscy, podzieliwszy się opłatkiem nawzajem pomiędzy sobą, zasiadają do uczty. Ta ostatnia ma charakter nadzwyczaj uroczysty; głos zabrać może tylko patryarcha rodziny na temat łączności i spójni; ożywienia w rozmowie mało. Dopiero pod koniec uczty młodzież zaczyna wyciągać słomki z pod obrusa, wróżąc sobie z ich barwy i długości powodzenie przyszłego życia. Po wsiach w kątach pokoju stoją niekiedy całe snopy zboża, na intencyę pomyślności całorocznej w zbiorach rolnych.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Ale otóż uczta skończona. Drzwi otwierają się do salonu, dziatwa wydaje okrzyk zachwytu. Pośrodku stoi choinka, ubrana zawczasu przez starsze dziewczęta i panią domu; zwieszają się z niej złocone orzechy, cukry, pierniki i różne ornamenta, w liczbie których pierwsze miejsce zajmują różnobarwne świeczki, zapalone przed samem otwarciem Sali. Niekiedy ktoś się przebiera za dziadka i, stojąc pod choinką, dzwoni. Dzieci lękają się. Objaśnia im się, że ponieważ były grzeczne, więc Bozia zesłała dobrego dziadka z podarunkami. Te ostatnie leżą na stole dookoła choinki lub w pobliżu. Następuje ich podział. Każdy z obecnych zostaje obdarowany odpowiednio. Gospodarstwo nie zapomniało i o służbie. Na tę kolendę czeka ona z upragnieniem, jak każdy człowiek biedny. Prezenty dają się takie, ażeby obdarowany nie narażał się na wydatek, a więc: chustki ciepłe, spódnice uszyte, kaftaniki i t. p. dla służby żeńskiej są najodpowiedniejsze. Naturalnie wartość podarunków zależy od zamożności gospodarstwa. Jeżeli niema choinki, to podarunki gwiazdkowe rozdawane bywają podczas uczty wigilijnej, a niekiedy leżą przy każdem nakryciu. Pani domu po wilii rodzinnej powinna wejrzeć w porządne nakrycie stołu służby, która w dniu tak uroczystym powinna dostać te same potrawy, co i państwo. Po wilii przyjętym jest zwyczaj wizytowania najbliższych znajomych, a o północy udawania się in gremio na Pasterkę.

Mieczysław Rościszewski, Pani domu. Skarbiec porad praktycznych dla Polek wszelkich stanów. Dzieło, opracowane na podstawie licznych źródeł swojskich i obcych, Warszawa 1904

 

Kolendę w gotówce robią sobie mąż i żona, rodzice i dzieci, państwo i służba, rodzice chrzestni i ich chrześniacy, wujowie, ciotki i ich siostrzenice i siostrzeńcy. Naszem zdaniem, najmilsza to i najstosowniejsza kolenda. Jeżeli się nie daje pieniędzy, to trzeba dać przedmiot użyteczny, czy coś z ubrania, bielizny, sreber stołowych, nakrycia i t. p.
W stosunkach zażyłych można posłać kosz wina, owoców, jakichś frykasów zagranicznych, puszkę kawioru i t. p.

Mieczysław Rościszewski, Księga obyczajów towarzyskich, Lwów 1905

 

Do tradycyjnej wieczerzy wigilijnej zasiadało w Dereszewiczach zwykle około dwudziestu osób. Stół był długi, rozciągnięty, zasłany pięknym obrusem na pachnącym sianie. Duże dwa srebrne kandelabry na stole. W dwóch rogach pokoju snopy zboża. Po czterech rogach stołu tradycyjne talerze z niejadalnymi, jak mówiliśmy, dzieci, paskudztewkami, zwanymi kutja. Menu: 1. kwasek zabielany z uszkami z grzybów; 2. szczupak duży w całku po polsku, czyli z jajkiem; 3. leszcz smażony nadziewany kaszą gryczaną; 4. łamańce z makiem; 5. kompot z suszonych gruszek i jabłek; 6. kisiel z mlekiem makowym i migdałowym do wyboru. Do tego starka i wina czerwone i białe, zwykle krajowe. Herbata i kilka gatunków przeróżnych strucli i moc przywiezionych zwykle z Pińska rozmaitych bakalii.
Po wieczerzy zapalenie choinki, bardzo gustownie ubranej, tym razem przez Fraulein Louise Othmer, nauczycielkę Dziuni, i rozdawanie przez mamę różnych upominków dla młodzieży. Przy choince śpiewano kolędy. O ile mój ojciec dbał bardzo o tradycję i wymagał, by co roku było to samo menu na wieczerzy wigilijnej i rozkoszował się kolędami, o tyle nie cierpiał choinki. Twierdził, że to zwyczaj niemiecki. Z dawnych moich lat dziecinnych pamiętam, choinka urządzana zwykle bywała w sali na starej górze. Nigdy mój ojciec nie bywał obecny.

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu… Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, 1989

 

Mój dziadek nie znosił choinki i twierdził, że to obyczaj niepolski, ale niemiecki, więc od najdawniejszych lat przygotowywano ją ukradkiem w sali jadalnej nowego domu, gdzie po pierwszej uroczystości w wieczór wigilijny stała długo, połyskując srebrnymi łańcuchami i rozsiewając dookoła zapach jabłek i igliwia.
Otrzymywałyśmy z Dziunią bardzo dużo ładnych prezentów, ale tak często bywałyśmy obdarzane w ciągu roku, że nie czekałyśmy na nie z tym podnieceniem, jakie utarło się wśród dzieci innych krajów i późniejszego pokolenia. Przy kutii łamano się opłatkiem i zjadano tradycyjne potrawy, powszechnie uważane za bardzo złe.

Janina z Puttkamerów Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie, Londyn 1998

 

Na Wigilię zaprosiłam sześć osób, a potem przyjdzie jeszcze kilka na orzechy. Będziemy ubierać choinkę cukierkami, które mam jeszcze z Warszawy.

Gabriela Zapolska, List z 17.12.1898, z Krakowa do Ludwika Szczepańskiego

 

Najgłębiej zapisała się w mych wspomnieniach Wigilia. Z rana obchodziliśmy imieniny mamusi, która nosiła imię matki rodzaju ludzkiego. Składaliśmy naszej mamie życzenia, laurki i prezenty. Obiadu w tym dniu nie było. Herbata, śledź i kartofle w mundurkach. Tak było zawsze, zgodnie z tradycją. Wszyscy byli zajęci w kuchni, pomagając przy sporządzaniu pokarmów. Kiedy zapadał zmrok, wybiegaliśmy co chwila na dwór, aby zobaczyć, czy gwiazdka nie wzeszła. Kiedy nareszcie się ukazała, pędem biegliśmy z wiadomością: „Mamusiu, już jest!”
W międzyczasie nakrywano do stołu. Pod białym obrusem – sianko. Na drewnianym talerzu, ozdobionym w piękne kłosy i napis: „Czym chata bogata, tym rada” – bochen chleba. Na małym talerzyku opłatek z pięknym obrazkiem. Gdy już wszystko było gotowe, odświętnie ubrani otaczamy stół. Rodzice dzielą się z nami opłatkiem i składają życzenia. Potem siadamy do wieczerzy w ciszy i skupieniu. Szybko nasycamy głód i każdy z nas myśli, co się dzieje w salonie. A było się nad czym zastanawiać. Czekało tam na nas Boże drzewko.
Po wieczerzy rodzice szli do salonu przygotować choinkę. Nam nie wolno było tam wchodzić. Ale cóż? Wielka jest potęga ludzkiej ciekawości! Pod drzwiami był wytarty próg i szparą przenikało światło. Kładliśmy się na podłodze, przywierając ślepkami do owej szpary. Co chwila któreś z nas szeptało: „widzę, widzę!”, ale to tylko na przekór jedno drugiemu, bo i cóż można było zobaczyć? Chyba tylko przesuwające się cienie.
Nareszcie dzwonek! Drzwi się otwierają i dzieciarnia wpada do środka. Wszyscy olśnieni widokiem choinki, na które płoną kolorowe świeczki. Mienią się w blaskach różnobarwne, błyszczące kule, wzbudzają zachwyt ozdoby, słodycze i inne niewypowiedziane cudeńka. Pod choinką stos podarunków: zabawki, książki i inne przedmioty, często bardzo praktyczne i służące do codziennego użytku. Spoglądaliśmy na dary pełni różnorodnych uczuć. Co chwila radosne okrzyki: „Moje najładniejsze!” Rzucaliśmy się rodzicom na szyję, pełni szczęścia i radości.
Ojciec zasiadał do fortepianu i rozpoczynały się kolędy, mamusia rozdawała orzechy, pierniki i inne rozkosze. Potem dzieci szły spać, a rodzie ze starszym rodzeństwem udawali się na Pasterkę.

Sabina Dembowska, Na każde wezwanie. Wspomnienia lekarki, Warszawa 1982

 

Uczta wigilijna w naszym domu była tradycyjna, postna, z kutią, grzybową zupą z uszkami, szczupakiem po żydowsku, łamańcami, kompotem ze śliwek i jabłek suszonych. Siano pod obrusem i cztery snopki zboża w czterech rogach gabinetu ojca, w tym okresie służącego za jadalnię. Przed wilią rodzice, a następnie sam ojciec, ze starszą siostrą, schodzili do suteren, gdzie stały stoły zastawione dla służby, i łamali się opłatkiem, potem z nami. Następowała chwila oczekiwania, chwila osobliwa, nagle otwierały się na oścież drzwi do jadalni, gdzie stała na długim stole ustawionym w poprzek sali rozłożysta choinka, aż po sufit, w blasku świeczek, pod choinką podarunki, każdy miał swoje miejsce albo stolik: rodzice, nauczycielki i goście również, pod oknem stół z bakaliami. Następnie schodziła się służba domowa i stajenna po swój podarunek słodyczy.

Maria Czapska, Europa w rodzinie, Kraków 2014

 

Boże Narodzenie było zawsze obchodzone bardzo uroczyście. Ekonomowie czterech folwarków przyłuckich i dalszego klucza Samuelowa i Karolowa mieli zlecone sporządzenie dokładnych spisów służby folwarcznej, z wyliczeniem imion dzieci i ich wieku, do lat czternastu. Szyto dla nich w domu: sukienki, spodenki, koszule, kurtki, przeważnie barchanowe albo perkalowe; dla niemowląt były czepki włóczkowe naszej fabrykacji. To wszystko wiązano w paczki, składano do koszów i rozsyłano po folwarkach. Zdaje mi się, że nie popełniano po drodze żadnych nadużyć. Cała służba domowa i stajenna dostawała po worku z bakaliami, a ponadto prezent indywidualny, zawsze coś z ubrania, dla kobiet materiał na suknię lub bluzkę, szalik albo pończochy, dla mężczyzn: koszula, rękawiczki, skarpetki itp. Potem, przy akompaniamencie mamy, w radosnym nastroju, śpiewaliśmy kolędy pod jaśniejącą choinką.
„Nasze Boże Narodzenie było piękne i wesołe, jak zwykle – pisała mama – z wszystkimi drogimi dziećmi w dobrym zdrowiu. W sumie trzysta sześćdziesiąt dwie osoby zostały obdarowane. Jerzy ofiarował mi prześliczną suknię i wspaniały wachlarz...”

Maria Czapska, Europa w rodzinie, Kraków 2014

 

Na podobny temat: Wieczerza wigilijnaWypieki bożonarodzeniowe